Z cyklu – ja też mam postanowienia noworoczne – wersja jolanta.the.wife

Udostępnij, jeśli wywołam uśmiech na Twojej twarzy 😉

Nowy rok – nowa ja! Tak pewnie myśli sobie spora część kobiet pod koniec roku zakładając, że tym razem na pewno nie straci zapału do zmiany stylu życia na zdrowy/ fit/ambitny. Przestawienie się z dnia na dzień, szczególnie w okresie świąteczno – noworocznego obżarstwa, opijstwa i lenistwa byłoby skuteczne tylko w przypadku zafundowania sobie lobotomii połączonej z całkowitą zmianą osobowości. Jak wiadomo, lobotomia nie cieszy się już szczególną popularnością, głównie ze względu na swoją marną skuteczność, więc pozostaje tylko możliwość zmiany zachowania z własnej silnej woli. A wiadomo jak to jest z silną wolą – robi z nami co chce. Najczęściej kończy się to zmianą osobowości o 360 stopni, czyli powrót do dawnych przyzwyczajeń 🙂

Poniżej kilka punktów wyciągniętych z mojej listy noworocznych postanowień

Punkt pierwszy – ćwicz regularnie

Jest to stały element moich corocznych postanowień i ma jeden cel: być najlepszą wersją siebie. Deadline – Majówka. Co roku mam tzw. rzuty na bycie szczupłą i dobrze się prezentującą. Ta niepochamowana ochota dopada mnie właśnie w okolicach nowego roku, kiedy dni robią się coraz dłuższe. Zdaję sobie wtedy sprawę, że sezon półwyspowy zbliża się nieubłaganie i trzeba się za siebie wziąć. W końcu paradowanie bez krępacji w stroju kąpielowym przez całe lato musi mieć jakąś mroczną stronę. W tym roku ambitnie postanowiłam wstawać pół godziny szybciej i poćwiczyć w domowym zaciszu (mój boże). Godzina zero wybiła w środę o 5:30 (o zgrozo!). Budzik brutalnie uświadomił mi, że zadanie jest dużo ponad moje siły. Ostatecznie udało się wstać o 5:50. Przywdziałam sportowy ciuch i poćwiczyłam jakieś siedem i pół minuty. Odhaczone 🙂

Punkt drugi – idź na spacer raz w tygodniu

Przyznam szczerze – nie przepadam za spacerowaniem dla samej idei spacerowania. Jak coś robię, to lubię widzieć w tym jakiś cel. Jak spaceruję, to po to, żeby gdzieś pójść (np. na lody ) lub coś przemyśleć (sens życia, homo ergo sum, itd.). Dlatego właśnie spacer przyprawia mi dużo trudności. Jestem typowym homo stacjonaris 🙂 ALE wczoraj, mimo wichury i obfitych opadów śniegu, zaliczyłam spacer na świeżym powietrzu w CH Matarnia (dla niewtajemniczonych – jest to takie centrum handlowe, w którym z każdego sklepu wychodzi się na dwór). Tak więc pokonałam morderczy dystans 200 metrów z Empiku do TK Maxa i z powrotem. Zważywszy na ekstremalne warunki pogodowe, był to wyczyn niemal heroiczny. Odhaczone!

Punkt trzeci – nie krzycz na dzieci

Dzień próby przyszedł szybciej, niż mogłam się tego spodziewać. Zaczęło się od tego, ze Marcin się rozchorował i musiał zostać w domu. Postanowiłam, ze Nina pójdzie do przedszkola, a chłopaki zrobią sobie w domu męski dzień. Ninie nie bardzo spodobał się ten pomysł. Dziś rano zamieniła się w El Niño i chciała mnie zgładzić (ewentualnie wysłać do wariatkowa). Od momentu, w którym otworzyła oczy, do momentu, w którym wcisnęłam ją siłą do sali przedszkolnej, ryczała najbardziej wkurzającym rykiem, jaki umie z siebie wydobyć. Żeby nie było – obudziłam ją delikatnie, podałam Actimel do łóżka, oświadczyłam ze Marcin zostaje w domu i… się zaczęło! – Ja też chcę zostać w domuuuuu! – Ale Ninuś – tłumaczę – Marcinek jest chory, dlatego zostaje w domu, rozumiesz? – Ale ja nie chcę iiiiść, łeeeeeee! – Nina kontynuuje wycie. Wdech – wydech i tłumaczę dalej, żeby tak nie wyła, bo obudzi Marcina i tatę. – Ale ja nie mogę przestaaaaaaać! Łeeeeeee! … – No jak to nie możesz przestać? – pytam. – No nie mogeeeeeeeeę, łeeeeeee! Tak nam minęło jakieś 10 minut. O dziwo chłopaki się nie obudzili. Nina kontynuowała wycie przy ubieraniu, czesaniu, wkładaniu kurtki i butów, a ja modliłam się o cierpliwość. Pełna czysto matczynych uczuć kontynuowałam codzienny rytuał i zawiozłam wyjca do przedszkola. Jako że Panie znają El Niño w każdej postaci, na wejściu nie musiałam nic mówić, wystarczyło porozumiewawcze spojrzenie. I tak udało mi się przeżyć z Ninką cudowny poranek i ani razu na nią nie nakrzyczeć (przynajmniej tak mi się wydaje). Odhaczone! 🙂

Kilka słów o diecie

Jestem wielką fanką ulubionej diety mojego męża. Nazywa się Dieta- Cud. Polega na tym, że jesz wszystko i czekasz na cud 🙂 . Stosowanie jakiejkolwiek diety w moim przypadku mija się z celem z dwóch powodów. Po pierwsze primo – kiedyś w końcu przyjdzie piątek i znowu stanie się weekend i będę jadła tyle, że głodna poczuję się w sobotę w okolicach obiadu. Drugie primo – sezon półwyspowy, obfitujący w grilla i piwko, a jak wiadomo, nie są to dietetyczne tematy. Z doświadczenia wiem, że jakakolwiek dieta powoduje u mnie w ostatecznym rozrachunku dodatkowe kilogramy. Zastępczo zamiast diety przyjęłam życiową mantrę – Życie jest za krótkie, żeby jeść to, na co się nie ma ochoty.

P.S.

Na mojej liście jest też punkt: Nie wydawaj pieniędzy… no cóż… ładną mam konsolę, prawda? Wczoraj kupiłam 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *