Wspólne zakupy z dzieciakami, czyli jak wykończyć dwie dorosłe osoby w siedem minut

Udostępnij, jeśli wywołam uśmiech na Twojej twarzy 😉

Szwagierka zaproponowała mi kiedyś, żeby dwa razy do roku wybrać się na zakupy i powybierać dzieciakom jakieś fajne ubrania. Na początku chodziłyśmy same, ale koncepcja ewoluowała i zaczęłyśmy zabierać ze sobą mój wspaniały duet – Ninę i Marcina… No cóż, niby człowiek już dorosły, a jednak cały czas niezbyt mądry 😄

Jaki on/ ona nosi rozmiar ubrań?

To pytanie pojawia się zawsze bliżej urodzin dzieci i świąt wszelkiej maści, kiedy ciocie i babcie chcą kupić im jakiś ciuch. Wprawia mnie ono w niemałe zakłopotanie, ponieważ mimo że widzę dzieci codziennie i każdego dnia przygotowuję im ubrania, nie mam pojęcia jaki rozmiar aktualnie noszą. Pomijam fakt, że każdy sklep ma inną rozmiarówkę. Dla utrudnienia, jeden sklep potrafi w tym samym rozmiarze uszyć spodnie różniące się długością nogawki o parę centymetrów 😳. I weź tu człowieku bądź mądry… Między Marcinem a Niną jest rok i 9 miesięcy różnicy, a potrafią nosić ten sam rozmiar ubrań tej samej marki.

Faza przygotowawcza

Jak tylko termin wyprawy do sklepu jest już znany, zaczynam przegląd garderoby i notuję co należy każdemu z nich kupić. Dzięki temu uda się uniknąć zbędnych zakupów i oszczędzić trochę czasu. Wybieramy też centrum handlowe oraz z góry planujemy do których sklepów wejdziemy. Wiadomo – dzieciaki w tym wieku nie należą do wybitnie cierpliwych istot.

Praktyka

Do tej pory zakupy udawały się całkiem nieźle, chociaż nie było łatwo. Pamietam jak Nina próbowała przekonać nas, że potrzebny jest jej koniecznie strój Elzy z Krainy Lodu ze wszystkimi możliwymi dodatkami. – Nina przecież masz już strój Anny, po co ci jeszcze jeden? – pytam już nieco podirytowana. – Mama, ale to jest suknia ELZY, a takiej nie mam i jest mi potrzebna, żeby w niej chodzić. – odpowiada pięcioletnia Nina, nastawiona na twarde negocjacje. – Ale Nina… – Ale mama!… – Ale Nina!… – No ale mama, ciocia powiedziała, że mogę go wziąć! – dziecię nie daje za wygraną. Pytam wiec, gdzie chce w tym chodzić. Na co otrzymuje odpowiedź, że do przedszkola… No tak, przecież nie do Sopotu 😉. Po trudnych pertraktacjach i zabiegach rodzicielskich (czasem skuteczne jest zwrócenie uwagi na coś innego – koniecznie z brokatem), udaje się wybić zachciankę z głowy.

Tuż po sukni przyszedł temat butów ( oczywiście ze złotym brokatem). Nie były złe, ale szanse na to, że dziecko w jej wieku założy je samodzielnie w czasie nie przekraczającym minutę graniczy z cudem. Żeby uniknąć kolejnej dyskusji, postanawiam pójść na kompromis – weźmiemy je, jeśli uda ci się je szybko założyć. Jak można się domyśleć, przystąpiła do zadania z takim zapałem, że założyła je w mgnieniu oka 😄. 

Buty, które wybieram dzieciakom muszą przejść kilka testów. Jednym z nich jest test prędkości. Dzieciak zakłada parę i biega po sklepie szybko zmieniając kierunki. Jeśli buty nadal są wygodne i widzę, że trzymają się stopy, to test jest zaliczony. Wybrana przez Ninę brokatowa para trafiła do koszyka na zakupy.

Faza realizacji

Parę dni temu wybrałyśmy się ze szwagierką do centrum handlowego. Weszłyśmy do H&M. Zanim dzieci rozbiegły się z szałem w oczach po sklepie, postanowiłam przekazać im zasadę: możecie oglądać wszystko, ale dopiero jak coś wam się bardzo spodoba, to możecie pokazać nam i zdecydujemy. Jakże byłam naiwna myśląc, że dzieciaki będą się do tego stosować! 😂 I wtedy się zaczęło! Rozbiegła się szarańcza po sklepie i już po kilku nanosekundach usłyszałyśmy ich krzyki „mama, zobacz to!”, „ciocia musisz to zobaczyć!”. Te zdania wylatywały z ich ust z prędkością pocisków karabinu maszynowego. Człowiek w pewnym momencie nie wie już, w którym kierunku ma patrzeć, więc głównie nerwowo przewraca oczami i nuci mantrę „OM”, żeby przypadkiem nie wyjść z siebie w miejscu publicznym 😉 (o skuteczności mantry „OM” pisałam już kiedyś tu – Ile razy trzeba dziecku powtórzyć, żeby usłyszało? Czyli o granicach rodzicielskiej cierpliwości).

Marcin wybrał sobie t-shirty w dinozaury ze zmieniającymi kolor cekinami. Wszystko pięknie, ale uparł się na za mały rozmiar. Tłumaczę mu, że trzeba wziąć większy, ale NIE – Marcin chce ten, i uparcie twierdzi, że jest ok (a goły brzuch nieśmiało wyglada spod koszulki 😅). Po kilku uspokajających wdechach i wydechach nadal próbuję mu wytłumaczyć, że trzeba wziąć większe. Nie ważne, że na wieszaku jest pełna rozmiarówka, dziecko się uparło i basta! W sukurs przyszła ciocia Kasia, która zaproponowała Marcinowi wspólne wybranie koszulek w większym rozmiarze. Uff… udało się. Ale żeby nie było za łatwo – w tym samym czasie równolegle walczyłam z Niną i wyborem odpowiedniego rozmiaru spodni ( oczywiście w domu okazało się, że wybrałam za małe. Sama nie wiem jak to możliwe, przecież je przymierzała! 🙄). W ten mniej więcej sposób przerobiliśmy całe mnóstwo sukienek (Nina je uwielbia!), cekinowe spódnice ważące chyba z kilogram i całą masę torebuś i naszyjników. Była też walka o błyszczyk – Nina tym razem wygrała 😄.

Nina, manekin i błyszczyk

I pomyśleć, że to był dopiero pierwszy sklep! Kasia zaproponowała kawę i lody. Tego nam było trzeba, bo totalny kociokwik był już bliski 🤪. Po pokrzepieniu ciał i dusz przystąpiliśmy do rundy drugiej – Cubus.

Tu poszło szybciej, ponieważ zostały nam do kupienia tylko spodnie i kamizelka. W czasie kiedy ja przeglądałam dostępne egzemplarze, ciocia Kasia ratowała Ninę przed spadającym na nią manekinem! Okazało się, że moja cudowna córka postanowiła wymalować manekinowi usta kupionym wcześniej błyszczykiem 😁. Poza tym dzieci bawiły się jeszcze w chowanego między i pod regałami. I weź ich tu upilnuj. Im są starsi, tym trudniej. No cóż, może następnym razem po prostu będę udawać, że się nie znamy 😅.

 Prawda ostateczna

Wróciłam do domu i zaczęłam na spokojnie przeglądać zakupione ubrania. Okazało się, że: 1) kupiłam Marcinowi za małe spodnie, ale nie, żeby jedną parę, tylko dwie! (co ze mnie za matka?!?), 2) kupiłam Ninie 5 par spodni (nie wiem po co, skoro ona nosi głównie sukienki 😂). Wkurzyłam się na siebie okropnie, bo okazało się, że ze wszystkich osób, które kupują ubrania moim dzieciom, tylko ja nie potrafię dobrać odpowiedniego rozmiaru. Normalnie tytuł Madki Roku mam tym razem w garści jak nic!

Jak można się domyśleć, jadę dziś na poprawkę (zamiana, zwrot, itp.). Tym razem jadę sama, w końcu człowiek uczy się  najlepiej na własnej skórze 😊.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *