Marcin

Trója ze sprawdzianu…czyli rozterki mamy pierwszoklasisty

Udostępnij, jeśli wywołam uśmiech na Twojej twarzy 😉

Dziś doszłam do wniosku, że nie ma dla dziecka nic gorszego niż szkoła

Przez pierwsze sześć lat życia naszego najwspanialszego, najmądrzejszego i najzaradniejszego na świecie dziecka, biedna JA żyłam w bańce (o tak! to nie dziecko żyje w bańce, tylko rodzic). Wydawało mi się, że jak syn pójdzie do szkoły, to okaże się geniuszem w każdej dziedzinie, będzie szastał wiedzą i codziennie pisał poematy prozą i epopeje. Nic bardziej mylnego. Jak się okazuje, Marcin szkoły nie lubi, szkoła go nudzi, irytuje i sprawia, że jest rozdrażniony. Większego rozczarowania w oczach mojego dziecka do tej pory nie widziałam…

Oczami dziecka, czyli flashback do czasów dzieciństwa

Pierwszą tróję ze sprawdzianu dostałam w trzeciej klasie podstawówki ze środowiska i pamiętam ją do tej pory. Byłam chora przez dwa tygodnie i mój pierwszy dzień szkoły zaczął się od sprawdzianu. Myślałam wtedy, że ucznia po chorobie obowiązuje okres karencji – od nauczycielki usłyszałam przysłowie, którego od tamtej pory nie znoszę: Myślał indyk o niedzieli, a w sobotę mu łeb ucięli. Tak zaczęły się moje mroczne czasy, które zakończyły się dzięki wspaniałej nauczycielce języka polskiego w liceum – Pani Danucie Zacharczuk.

Z perspektywy czasu zastanawiam się jak to możliwe, że system szkolny, który teoretycznie powinien usprawnić uczniowi naukę i zachęcać do pogłębiania wiedzy i doświadczeń sprawił, że przez sześć lat nauki szkoła była dla mnie męką?

Powrót do teraźniejszości

Jako osoba posiadająca jako takie kwalifikacje pedagogiczne (jeden semestr pracy w szkole – tak wiem, SZAŁ!) postanowiłam być rodzicem roku i porozmawiać z pierworodnym o problemach szkolnych. Pod wpływem pedagogicznej weny przekazałam synowi Wielkie Prawdy Na Temat Ludzkości. Co usłyszał? Że umiejętność czytania i pisania to PODSTAWY uczenia się. Że bez nich nie będzie mógł uczyć się innych rzeczy. Że należy czytać ze zrozumieniem i nie wolno zapuszczać żurawia w sprawdzian kolegi z ławki, bo może się potem okazać, że kolega miał inną grupę i inne zadania. Że należy o WSZYSTKIM pamiętać – o czapce, szaliku i stroju na w-f, o robieniu siku na przerwie, zjedzeniu wszystkiego ze śniadaniówki i piciu wody z bidonu.

Syn podczas mojego porywającego wykładu siedział przy biurku i odrabiał lekcje. Denerwował się, że literka nie wychodzi mu tak jak powinna i że i trudno połączyć z c. Tu miał rację – sama nie wiem jak napisać ic bez odrywania ręki. Czy to w ogóle możliwe?

Punkt kulminacyjny i kurtyna w dół

Po krótkim przemyśleniu mojego wywodu na temat tego, że człowiek uczy się przez całe życie i nie zawsze robimy w życiu to, na co mamy ochotę, Pierworodny powiedział mi, że wolałby siedzieć w więzieniu, niż chodzić do szkoły… Szczęka opadła mi do kostek, gdyż siedmiolatek okazał się mądrzejszy ode mnie. I tak dochodzimy do obowiązkowego w tragediach antycznych katharsis, czyli oczyszczenia – obraz matki tulącej dziecko i obiecującej pomyślne rozwiązanie problemów nietrudno sobie wyobrazić. Syn uspokoił się, dokończył zadanie domowe, zjadł kolację, obejrzał bajkę, posłuchał jak mama czyta bajkę i poszedł spać.

Backstage, czyli matka myśląca

Dzieci śpią, a ja myślę sobie, że mimowolnie i nieświadomie popchnęłam dziecko w młynek do mięsa. Czy z moim najwspanialszym synem będzie coś nie tak, jeśli nie będzie umiał połączyć i z c? Czy nie zostanie wielkim człowiekiem, jeśli nie zje wszystkiego ze śniadaniówki? I jak bardzo będzie nieprzystosowany do życia, jeśli będzie zapuszczał żurawia do sprawdzianu kolegi? Próbując odpowiedzieć sobie na te wszystkie pytania zadałam sobie jeszcze jedno – Jak to się stało, że w ciągu trzech miesięcy nauki w szkole podstawowej mój syn przestał wierzyć w swój potencjał? Co gorsze, jak to się stało, że od września do grudnia ja przestałam widzieć go jako naj-?

Tu pojawia się bardzo dobrze znany w dramatach antycznych dylemat moralny, który w moim przypadku zostanie jak na razie nierozstrzygnięty (Antygoną nie jestem, mam czas na opracowanie wieloletniej strategii) – z jednej strony mamy bycie matką dziecka, który pięknie pisze, czyta, ma same dobre oceny… i (jak to mój mąż mówi) ma zryty dzbanek (chyba wiadomo, o co chodzi). Z drugiej strony jedziemy na średnich ocenach, ale wracamy do domu i mamy dziecko świadome swoich możliwości.

Jak wcześniej wspomniałam, dramat zostaje nierozstrzygnięty… a Marcin jak spał, tak śpi.

P.S. Jedyne, co jutro będzie go interesować to to, czy przyszedł Święty Mikołaj… nadal wierzy i jestem z tego dumna 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *