Przecież mamy wiedzą wszystko! Czyli bycie mamą… oczami matki

Dzień Matki już za nami, czas na małe podsumowanie. Z okazji tego (moim zdaniem mało potrzebnego) święta naszło mnie parę refleksji. Dlaczego mało potrzebnego? No cóż, matką się po prostu jest i sam fakt bycia nią nie jest czymś godnym święta. Ważne jest JAKĄ matką się jest i to ma największe znaczenie. Wydaje mi się, że za bycie dobrą matką, mamy są wynagradzane przez swoje dzieci – nie ma nic lepszego niż „dziękuję mamusiu” albo „dobranoc kochana mamusiu, ty też śpij dobrze i żeby ci się przyśniły same cudowności” albo moje ulubione „przesyłam ci miliony serduszek w jednym serduszku i miliony buziaczków w jednym buziaczku” :😄Serce mięknie, łzy cisną się do oczu, a wszystkie wkurwy z dnia bieżącego znikają niczym kamfora 🤗 Czytaj dalej Przecież mamy wiedzą wszystko! Czyli bycie mamą… oczami matki

Hominem sine vehiculo – człowiek bez pojazdu, czyli jak mieć samochód i nie mieć go jednocześnie :)

Maj i czerwiec to dla naszej rodziny duże wyzwanie logistyczne. Grzegorz stacjonuje już na półwyspie, gdzie przygotowuje swoją bazę wind/kite do sezonu. Ja natomiast, jak to mam w zwyczaju, zgrywam Matkę Polkę i ogarniam (lepiej lub gorzej) całą resztę. Przez dwa miesiące żyjemy sobie prawie osobno, dzieląc się tylko samochodem… albo raczej walcząc o samochód 😁 Czytaj dalej Hominem sine vehiculo – człowiek bez pojazdu, czyli jak mieć samochód i nie mieć go jednocześnie 🙂

Kilka słów o urodzinach

W końcu 33. urodziny ma się tylko raz w życiu 😄

Każdy z nas przeżywa ten dzień tylko raz w roku i każdy ma inną metodę na przetrwanie. Jedni utajniają fakt kolejnych urodzin, licząc na to, że nikt nie będzie o tym pamiętał. Inni nie mają z tym problemu i mają zaciesz na twarzy za każdym razem, kiedy ktoś złoży im życzenia (nawet te, które ktoś opublikuje na ich tablicy na Facebooku. Należę (przynajmniej na razie) do grupy drugiej i uroczyście oświadczam, że 22 marca obchodzę 33. urodziny – uprzedzam pytania – nie, nie jest to zaproszenie na imprezę 😉 Czytaj dalej Kilka słów o urodzinach

Moje 3 sposoby na wstawanie rano i dlaczego żaden z nich nie działa

Poranne wstawanie spędza sen z powiek (i to dosłownie) od zarania dziejów. Człowieka wyspanego, który z uśmiechem na twarzy wychodzi z łóżka, uświadczymy w dwóch przypadkach – w reklamie środków nasennych i wstającego po 10 rano… w okolicach środy. Czytaj dalej Moje 3 sposoby na wstawanie rano i dlaczego żaden z nich nie działa

O tym jak oszukałam przeznaczenie – czyli ferie 2019 w pomorskim

Myślę, że każdy kojarzy serię filmów „Oszukać przeznaczenie”. Uczucie podobne do tego, jakie mieli główni bohaterowie, miałam w tym roku w związku z feriami. Coś wewnątrz mnie kazało mi jechać na narty w styczniu. I to „coś” miało rację… Czytaj dalej O tym jak oszukałam przeznaczenie – czyli ferie 2019 w pomorskim

Ferie przed feriami, czyli o tym jak zabraliśmy dzieciaki na narciarskie wagary

Kolejny powód, by nominować nas na rodziców roku. Zabraliśmy dzieciaki na wagary! To nic, że za miesiąc mamy ferie. Nie mogliśmy się już doczekać wyjazdu na narty, więc pojechaliśmy teraz 🤘.

Lepiej późno niż później

Aż wstyd się przyznać, ale dopiero drugi raz pojechałam dzieciakami na narty. Zawsze zostawialiśmy ich u dziadków i śmigaliśmy z Grzegorzem sami. Beztroskie szusowanie od rana do wieczora bez wysłuchiwania jęków i wołań o siku – to był dopiero relax 😎 Ale nadszedł ten czas, kiedy trzeba zacząć zabierać te małe szkodniki ze sobą. Wymagało to ode mnie sporego przygotowania, głównie psychicznego, żeby nie zwariować jeszcze w samochodzie.

Life is a journey…

Po drodze nie obyło się bez klasycznej kłótni pt. Gdzie jedziesz?!? Źle skręciłeś! oraz obowiązkowego Teraz chce ci się siku? Przed chwilą był postój, trzeba było robić! Jak po mniej więcej sześciu godzinach jazdy krajobraz zrobił się bardziej bajkowy, to uwierzyłam, że jednak może wyjazd z dziećmi się uda. Chwila nie trwała zbyt długo, ponieważ, jak to zwykle bywa w takich sytuacjach coś musiało się zacząć dziać. Jedziemy sobie przez Winter Wonderland, kiedy nagle Marcin oznajmia, że leci mu krew z nosa. OK damy radę… Marcin przyłożył chusteczkę i ogarnął temat. Łatwizna? Niby tak, ale Nina musiała podkręcić całą akcję na level hard. Zakomunikowała, że jest jej niedobrze!
Nasza córka ma na swoim koncie kilka (jak nie kilkanaście) soczystych pawi samochodowych. Ostatnim razem jak jechaliśmy do Szwajcarii, podłożyłam jej kocyk pod usta, bo nic innego nie miałam w zasięgu ręki. Tym razem zabezpieczyłam się dwoma szczelnymi workami na wszelki wypadek. Niestety życie nie jest idealne i zawsze o czymś zapomnę. Tym razem nie pomyślałam, żeby położyć jej worek, żeby miała go w zasięgu ręki. Całe szczęście mam Grzegorza, który mnie oprzytomniał i temat został ogarnięty tuż przed…hmm… używając narciarskiej metaforyki…. lawiną 😆. Krwotok i paw zostały opanowane perfekcyjnie i mogliśmy kontynuować jazdę. Udało się nam nawet dojechać do hotelu i nie rozwieść się 😉.

Dr Jekyll i Mr Hyde

Uroczyste przekazanie Niny do szkółki narciarskiej nastąpiło już po pierwszym rodzinnym zjeździe z górki. Dokładnie tak jak rok temu w Białce, tak i tym razem wytrzymaliśmy jej jęki i stęki przez pierwsze pięć minut zjazdu. Z rezygnacją w głosie oznajmiłam mężowi, żeby jechał z Marcinem w dół, a ja z nią jakoś zjadę. No i zjechałam, od razu pod biuro szkółki 😁. Mojej motywacji do oddania tego gremlina pod opiekę jakiejś młodej, Bogu ducha winnej instruktorce nie zmąciła nawet cena za godzinę lekcji (a można dostać palpitacji portfela na samą myśl o tym, że lekcja kosztuje tyle samo co u nas, tylko że w euro).
Po dwóch godzinach zajęć odebrałam inne dziecko. Nie wiem jak Lucia (instruktorka) to zrobiła, ale Nina znów stała się sobą. Po gremlinie krzyczącym w niebogłosy, że już nigdy więcej nie pójdzie na narty nie było śladu! Co więcej Ninka, poganiała nas, że chce już znów wrócić na stok! Extra! 😎 Wykupiliśmy sobie dwie godziny dziennie przez cztery dni względnego spokoju na stoku (Marcin jak zwykle zero problemu). Okazało się, że po trzech dniach z instruktorem Nina goni na stoku Marcina i najeżdża na mniejsze hopki. Tak mnie to zmotywowało, że ja – królowa trzymania się wytyczonych tras – też pokusiłam się o mały offtopic i skoczyłam na nartach z mikro hopki 😉.

Człowiek ze stali… i kabanosów

Jestem z mojej rodziny bardzo dumna, że wytrzymali cały tydzień ciężkiej tyry na Chopoku (nie wiem czy zdarzają się tam dni bez wiatru, ale w trakcie naszego pobytu na szczycie wiało tak, że zrywało gacie z tyłka). Pobudkę robiliśmy codziennie przed siódmą rano. Dlaczego? Bo jak się jedzie z moimi rodzicami, trzeba się przygotować na to, że wstaje się przed wszystkimi i wjeżdża się pierwszym krzesełkiem 😉. Wiadomo – ma to swoje plusy, a w sumie to jeden plus – szusowanie przez dobrą godzinę po prawie pustym stoku, który wyglądem przypomina niegdyś ulubione Grzegorza spodnie sztruksowe (jak dobrze, że już ich nie ma!).
Wracając do siódmej rano… wpychanie w siebie jedzenia skoro świt, mimo że nie czuje się głodu też nie było łatwą sprawą. Mnie ten problem nie dotyczy, bo jestem gotowa na każdą ilość jedzenia o każdej porze, ale mąż i dzieciaki mają z tym problem. Grzegorz mąż jest duży i ogarnia już temat, więc nie trzeba było go karmić, ale wepchnąć dzieciakom coś do dzioba, to nie był spacerek po lesie. Po zjedzeniu nano-kawałka bułki twierdzili, że są najedzeni, po czym, po pierwszym zjeździe z górki, przymierali głodem. Ale przezorny zawsze ubezpieczony 😎. Zawsze mam przy sobie magiczny plecak z wałówką. I tak przez cały tydzień futrowaliśmy ich, wjeżdżając wyciągiem na górę (bo szkoda czasu na przerwę), różnymi specjałami – od kabanosów po m&m’sy. Według mnie i dzieciaków najlepszy smak uzyskuje się przy jedzeniu jednocześnie jednego i drugiego 😁.

P.S.

Żeby nie było, że jesteśmy tacy najgorsi… Obiecałam sobie, że Marcin po nartach będzie odrabiał lekcje… Efekt może nie jest zadowalający, bo usiedliśmy tylko trzy razy, ale chyba to i tak nieźle, bo mogliśmy nie usiąść wcale.

Jak być mamą księżniczki i nie zwariować? Krótki poradnik

Bycie mamą księżniczki to nie lada wyzwanie. Cały czas trzeba pilnować, by ta mała słodka istotka nie zmieniła się w wrednego, zielonego golluma o sile rażenia większej niż Incredible Hulk.

Kim jest księżniczka?

Moja księżniczka ma na imię Nina i od urodzenia przejawia swoje królewskie zdolności. W chwili obecnej ma prawie 6 lat i księżniczkowatość na opanowaną na bardzo wysokim poziomie, ale do rzeczy…

Kojarzycie takie dzieci, na które jak się spojrzy, to już koniec? To jest właśnie księżniczka. Swoim urokiem potrafi wycyganić od ciebie wszystko, a ty jesteś zadowolony, że jej to dałeś. A jak jej tego nie dasz, to zamienia się we wspomnianego wcześniej golluma i rujnuje ci nerwy.

Jak się postępuje z księżniczką?

Nie będę opisywać perypetii wieku niemowlęcego, bo były tak traumatyczne, że wyparłem je ze świadomości 😉

Jak opowiadam ludziom, że wychowanie Ninki, to ciągła walka, to patrzą na mnie z niedowierzaniem. – Jak to? – pytają. – Ten słodziak i walka? – Heh, no sorry – odpowiadam – proponuję zaobserwować jej pierwszego lepszego focha, albo niekontrolowany wybuch skrajnych uczuć. Emocje gwarantowane.

Nasze maleństwo, mając lat może 2,5, potrafiło już z zaskoczenia wbijać szpilki 🙂 Pamiętam jak zaganiałam dzieciaki do wieczornego mycia. Najlepszym na to sposobem było stare dobre liczę do trzech i macie być w łazience. Tego dnia dzieciaki miały głupawkę, więc postanowiłam zastosować tę metodę. Raz… dwa… zaczęłam liczyć na tyle wolno, żeby zdążyli. Marcin ruszył z kopyta do łazienki, a Nina podeszła do mnie, spojrzała mi prosto w oczy i powiedziała z szelmowskim uśmiechem ctelyyyy!!! I weź tu się człowieku nie zaśmiej! Skubana była tak słodka w tej bezczelności, że uszło jej to na sucho. Jak zresztą wiele innych występków. Wystarczy, że zrobi ten swój dzióbek i zacznie mówić słodkim głosem i już po tobie!

Nina i wielki talent do zwracania na siebie uwagi

Historia zdarzyła się jakiś rok temu. Jak zwykle zawiozłam dzieciaki do szkoły/ przedszkola. Parę dni wcześniej Nina przewróciła się na basenie i miała dość pokaźną śliwkę na piszczeli. Trochę poryczała, ale nic jej nie było. Odprowadziłam ich i jak każda Matka Polka pojechałam do pracy. Tego dnia nasze pociechy miały być odebrane przez moich teściów. Zaczęło się od telefonu z przedszkola. – Ninę boli noga. Mówi, że nie może chodzić, że noga na pewno jest złamana. – słyszę w telefonie głos jednej z przedszkolanek. Pierwsze, co pomyślałam, to no to się zaczyna – Nina i jej wymysły. – Czy Nina się uderzyła? – pytam. – Nic takiego się nie wydarzyło – słyszę w odpowiedzi – ale bardzo ją boli. Odpowiadam na to – Szła do przedszkola o własnych siłach i nie narzekała, więc albo uderzyła się w przedszkolu, albo udaje. Proszę nie dawać się nabrać i kazać jej chodzić normalnie, bo pewnie nic jej nie jest – poleciłam przedszkolance i rozmowa się zakończyła (tak, wiem, okropna ze mnie matka). Wyobraźcie sobie, że po pół godzinie dzwoni znów telefon. Tym razem dyrektorka przedszkola, że Ninę bardzo boli noga, że nie może chodzić ani nawet stanąć i może naprawdę być złamana. Że konsultowała się mężem – lekarzem, przez telefon badali nogę i faktycznie może być złamana, bo na kości, tam gdzie siniak, jest obrzęk. Pytam więc – Czy Nina słyszała Pani rozmowę i mężem? – Tak słyszała – odpowiada Pani. Myślę sobie – wszystko jasne, Nina wkręciła ich na maksa i podkręcała temat, jak zorientowała się, że ma widownię… Ale z drugiej strony… może faktycznie coś jej jest…

Z pracy wyjść nie mogłam, wiec nie pozostało nic innego jak czekać, aż odbiorą ją dziadkowie. Kiedy teściowie przyszli po Ninę, to w przedszkolu była już żałoba i lament, bo Nina złamała nogę, a wyrodna matka po nią nie przyjechała. Doszło do tego, że dziadek lat 77 niósł Ninę na rękach jakiś kilometr do naszego domu. Kiedy wróciłam z pracy teściu (lekarz) też już uważał, że Nina ma złamaną nogę. Że przecież u dzieci takie rzeczy mogą wyjść dopiero po kilku dniach i u dzieci kości łamią się inaczej. Siedziałam w domu i sama zastanawiałam się co zrobić z tym fantem (parę miesięcy wcześniej Nina faktycznie złamała rękę, wiec jako takie rozeznanie w temacie miałam). Skończyło się na tym, że dla świętego spokoju pojechałam z nią następnego dnia do szpitala (frajerka). Oczywiście noga nie była złamana i nic jej nie było, a lekarz patrzył się na mnie jak na jakąś nawiedzoną matkę- wariatkę, która nie ma co robić, tylko głowę zawraca. Jakiś dzień później noga cudownie ozdrowiała – czytaj – Ninie znudziła się już ta afera.
Kurtyna w dół.

Gdyby przyznawano dzieciakom nagrody za wkręcanie dorosłych, to Nina zgarnęłaby tę w kategorii Medycyna i Cudowne Ozdrowienia.

Cała akcja uszła jej oczywiście na sucho, bo przecież NA SZCZĘŚCIE noga okazała się być cała…. No przepraszam, a jaka miała być, skoro się nic się nie stało?!? I weź tu człowieku nie zwariuj, kiedy tak skutecznie wkręca cię czterolatka 🙂

 

P.S. Oczywiście kocham ją nad życie i nigdy bym nic w niej nie zmieniła 🙂

Kto to jest człowiek zabawny? Obserwacje życia codziennego

Ciekawa jestem kto, tak na poważnie, zastanawiał się nad tym jak to się dzieje, że to samo zdarzenie w umyśle jednej osoby przechodzi bez echa, a u drugiej wywołuje nieposkromioną falę głupich myśli, które przekładają się na jeszcze głupszą historię do opowiedzenia…

Gromadzenie materiału do badań

W życiu codziennym ostatnią rzeczą, jaką można powiedzieć o mnie i moim mężu, to że jesteśmy osobami poważnymi. Oboje wolimy brać życie nie do końca serio i traktować je z przymrużeniem oka. Ci, którzy nas znają, wiedzą o co chodzi. Tym, których jeszcze nie poznaliśmy napiszę pokrótce, że mój Grzegorz i ja znajdujemy powód do śmiechu i żartów w prawie każdej sytuacji. Głupoty wyskakują nam niczym króliki z kapelusza magika, a dzień bez durnych tekstów, to dzień stracony.

Nie wiadomo dokładnie z czego to wynika, ale wydaje mi się, że trochę szkoda nam życia na bycie zdziadziałymi piernikami, martwiącymi się o rzeczy, na które nie mamy wpływu i wolimy zachowywać się jak gimnazjaliści na dwudniowej wycieczce szkolnej. Owocuje to dużą liczbą zabawnych sytuacji, dzięki czemu w domu jest dużo śmiechu i mało nudy.

Aspekty teoretyczne…

Spędzając piątek i sobotę na firmowej imprezie świątecznej, zaczęłam się zastanawiać skąd biorą się nasze durne pomysły i zabawne (lecz nieziemsko suche) teksty. Przypomniał mi się pewien rysunek znaleziony w internecie, który doskonale wizualizuje pracę mózgu osoby zabawnej.

Idąc dalej tym tropem poczyniłam rozmyślania na temat tego, że mózg człowieka zabawnego pracuje w inny sposób niż człowieka niezabawnego. No bo jak to niby możliwe, że ta sama rzeczywistość (bo przecież nie żyjemy w innych wymiarach) oddziałuje na nas inaczej? Moje wnioski na ten temat nie są poparte żadnymi badaniami ani pracami naukowymi, tym bardziej nie konsultowane z nikim (nawet z lekarzem i farmaceutą). Moja wiedza na temat procesów biochemicznych zachodzących w mózgu jest żadna, ale ostatnio każdy może być ekspertem od wszystkiego, więc czemu nie ja? Wydaje mi się bardzo prawdopodobne, że różnica między mózgiem zwykłego człowieka, a tego zabawnego tkwi w rodzaju i sposobie przyswajanych informacji. Patrząc na powyższy rysunek można wywnioskować, że temu drugiemu mózgu poszło coś nie tak

i analiza empiryczna

Mała dygresja…

Czym różni się zwykły kumpel od prawdziwego kumpla? Powiedzmy, że potknęłam się, przewróciłam i rozbiłam sobie głowię. Zwykły kumpel podbiega, pomaga mi wstać, udziela pierwszej pomocy, wzywa karetkę, itd. Co robi prawdziwy kumpel? W sumie to samo… jak tylko przestanie się ze mnie śmiać i dogryzać, co ze mnie za łajza, że nawet chodzić nie umiem. Podobnie jest z rodzinnym życiem osób zabawnych.

Powrót do tematu…

Pamiętam jak Marcin zeszłej zimy rozbił głowę o stół. Przyjechał do nas kumpel z córką. Razem mieliśmy jechać na narty na Wieżycę. Marcin skakał do kanapie (oczywiście jakiś gazylion razy mówiliśmy mu, żeby tego nie robił). Skakał, skakał i … przestał skakać, bo spadł z kanapy. Siedzieliśmy z Grzegorzem w kuchni, więc szczegółów tego zajścia nie widzieliśmy, tylko zaczęliśmy się śmiać. Nasz Marcin ma to do siebie, że jak uderzy się tak, że naprawdę boli, to na początku nie płacze. A my śmialiśmy się w najlepsze. Kolega zwrócił nam uwagę, że Marcin się chyba uderzył. Trzeba było przyjąć postawę odpowiedzialnego rodzica i ochrzanić dzieciaka za to, że skakał po kanapie, mimo że nie wolno (Ile razy ci mówiłam, że...).

Potem zrobiło się mniej wesoło, gdyż okazało się, że Marcin krwawi. Rozcięcie na głowie nadawało się do szycia. Co robi zwykły rodzic? Zabiera delikwenta na pogotowie, a cała historia, przyprawiona nutą dramatyzmu jest potem opowiadana latami, jako traumatyczne zajście, które zmieniło bieg historii. Co zrobiliśmy my? Ogoliliśmy mu głowę w miejscu rozcięcia i przykleiliśmy szwy w plastrach (przezorny zawsze ubezpieczony 🙂 ). Cała akcja w moich wspomnieniach wygląda jak scena z jakiejś nędznej komedii – szczególnie moment golenia głowy. Efekt przerósł nasze oczekiwania i wyglądał mniej więcej tak:

Normalny rodzic po udzieleniu pierwszej pomocy położyłby dziecko do łóżka, albo do wieczora czule tulił na kanapie. My spakowaliśmy się i pojechaliśmy na narty! Tak wiem, z pewnością możemy kandydować do tytułu Rodziców Roku, albo przynajmniej zostać objęci opieką kuratora. Młody traumy nie miał, a w szkole to nawet uchodził przez chwilę za bohatera (szwy na głowie robią swoje).

Wnioski wysnute chybcikiem

Doprowadzając wywód do końca – wydaje mi się, że sekret bycia zabawnym tkwi w innym postrzeganiu otaczającej nas rzeczywistości i nie braniu wszystkiego do siebie. Tego staramy się nauczyć też nasze dzieci. Dziś córka poprosiła tatę, żeby pokroił jej jabłko. Gdy kroił, Nina zapytała go Tata kiedy umrzesz? Mój głośny śmiech było słychać z drugiego końca domu…