Dziecięce zabawy dorosłych ludzi, czyli o tym jak kupiliśmy sobie z mężem deskorolki

Mieliście w dzieciństwie tak, że chcieliście mieć hulajnogę albo deskorolkę (oczywiście taką jak kolega z osiedla), ale rodzice nie chcieli wam ich kupić? Mam dobrą wiadomość – jak jesteś dorosły i zarabiasz kasę, możesz sobie JĄ kupić (i to nawet lepszą, niż kolega!) 🤗 Czytaj dalej Dziecięce zabawy dorosłych ludzi, czyli o tym jak kupiliśmy sobie z mężem deskorolki

Kilka słów o urodzinach

W końcu 33. urodziny ma się tylko raz w życiu 😄

Każdy z nas przeżywa ten dzień tylko raz w roku i każdy ma inną metodę na przetrwanie. Jedni utajniają fakt kolejnych urodzin, licząc na to, że nikt nie będzie o tym pamiętał. Inni nie mają z tym problemu i mają zaciesz na twarzy za każdym razem, kiedy ktoś złoży im życzenia (nawet te, które ktoś opublikuje na ich tablicy na Facebooku. Należę (przynajmniej na razie) do grupy drugiej i uroczyście oświadczam, że 22 marca obchodzę 33. urodziny – uprzedzam pytania – nie, nie jest to zaproszenie na imprezę 😉 Czytaj dalej Kilka słów o urodzinach

Moje 3 sposoby na wstawanie rano i dlaczego żaden z nich nie działa

Poranne wstawanie spędza sen z powiek (i to dosłownie) od zarania dziejów. Człowieka wyspanego, który z uśmiechem na twarzy wychodzi z łóżka, uświadczymy w dwóch przypadkach – w reklamie środków nasennych i wstającego po 10 rano… w okolicach środy. Czytaj dalej Moje 3 sposoby na wstawanie rano i dlaczego żaden z nich nie działa

O tym jak oszukałam przeznaczenie – czyli ferie 2019 w pomorskim

Myślę, że każdy kojarzy serię filmów „Oszukać przeznaczenie”. Uczucie podobne do tego, jakie mieli główni bohaterowie, miałam w tym roku w związku z feriami. Coś wewnątrz mnie kazało mi jechać na narty w styczniu. I to „coś” miało rację… Czytaj dalej O tym jak oszukałam przeznaczenie – czyli ferie 2019 w pomorskim

Mamo, a ile ty masz lat? Czyli o tym, jak dzieci postrzegają czas

Zawsze zastanawiało mnie dlaczego inaczej postrzega się upływ czasu jak się jest dzieckiem, a inaczej jak się jest dorosłym. Pamiętam, że jako mniej więcej siedmiolatka, miałam poczucie, że okres od jednych do kolejnych urodzin, to prawdziwa nieprzemijająca wieczność. Podobnie było przed upragnioną osiemnastką (wiadomo, imprezowanie na legalu 😉 ) i tym bardziej, dwudziestką jedynką (wejście na legalu do wszystkich sopockich klubów 😀 ). Jako prawie dwudziestolatka miałam ten problem, że choćbym nie wiem jak się postarała, to nie wyglądałam na więcej niż siedemnaście. Po przekroczeniu magicznej bariery 21 lat, czas zaczął pędzić tak, jakby ktoś przycisnął guzik fast forward… i nagle budzę się z dwójką dzieci, które zadają dziwne pytania… 🙂 Czytaj dalej Mamo, a ile ty masz lat? Czyli o tym, jak dzieci postrzegają czas

Ferie przed feriami, czyli o tym jak zabraliśmy dzieciaki na narciarskie wagary

Kolejny powód, by nominować nas na rodziców roku. Zabraliśmy dzieciaki na wagary! To nic, że za miesiąc mamy ferie. Nie mogliśmy się już doczekać wyjazdu na narty, więc pojechaliśmy teraz 🤘.

Lepiej późno niż później

Aż wstyd się przyznać, ale dopiero drugi raz pojechałam dzieciakami na narty. Zawsze zostawialiśmy ich u dziadków i śmigaliśmy z Grzegorzem sami. Beztroskie szusowanie od rana do wieczora bez wysłuchiwania jęków i wołań o siku – to był dopiero relax 😎 Ale nadszedł ten czas, kiedy trzeba zacząć zabierać te małe szkodniki ze sobą. Wymagało to ode mnie sporego przygotowania, głównie psychicznego, żeby nie zwariować jeszcze w samochodzie.

Life is a journey…

Po drodze nie obyło się bez klasycznej kłótni pt. Gdzie jedziesz?!? Źle skręciłeś! oraz obowiązkowego Teraz chce ci się siku? Przed chwilą był postój, trzeba było robić! Jak po mniej więcej sześciu godzinach jazdy krajobraz zrobił się bardziej bajkowy, to uwierzyłam, że jednak może wyjazd z dziećmi się uda. Chwila nie trwała zbyt długo, ponieważ, jak to zwykle bywa w takich sytuacjach coś musiało się zacząć dziać. Jedziemy sobie przez Winter Wonderland, kiedy nagle Marcin oznajmia, że leci mu krew z nosa. OK damy radę… Marcin przyłożył chusteczkę i ogarnął temat. Łatwizna? Niby tak, ale Nina musiała podkręcić całą akcję na level hard. Zakomunikowała, że jest jej niedobrze!
Nasza córka ma na swoim koncie kilka (jak nie kilkanaście) soczystych pawi samochodowych. Ostatnim razem jak jechaliśmy do Szwajcarii, podłożyłam jej kocyk pod usta, bo nic innego nie miałam w zasięgu ręki. Tym razem zabezpieczyłam się dwoma szczelnymi workami na wszelki wypadek. Niestety życie nie jest idealne i zawsze o czymś zapomnę. Tym razem nie pomyślałam, żeby położyć jej worek, żeby miała go w zasięgu ręki. Całe szczęście mam Grzegorza, który mnie oprzytomniał i temat został ogarnięty tuż przed…hmm… używając narciarskiej metaforyki…. lawiną 😆. Krwotok i paw zostały opanowane perfekcyjnie i mogliśmy kontynuować jazdę. Udało się nam nawet dojechać do hotelu i nie rozwieść się 😉.

Dr Jekyll i Mr Hyde

Uroczyste przekazanie Niny do szkółki narciarskiej nastąpiło już po pierwszym rodzinnym zjeździe z górki. Dokładnie tak jak rok temu w Białce, tak i tym razem wytrzymaliśmy jej jęki i stęki przez pierwsze pięć minut zjazdu. Z rezygnacją w głosie oznajmiłam mężowi, żeby jechał z Marcinem w dół, a ja z nią jakoś zjadę. No i zjechałam, od razu pod biuro szkółki 😁. Mojej motywacji do oddania tego gremlina pod opiekę jakiejś młodej, Bogu ducha winnej instruktorce nie zmąciła nawet cena za godzinę lekcji (a można dostać palpitacji portfela na samą myśl o tym, że lekcja kosztuje tyle samo co u nas, tylko że w euro).
Po dwóch godzinach zajęć odebrałam inne dziecko. Nie wiem jak Lucia (instruktorka) to zrobiła, ale Nina znów stała się sobą. Po gremlinie krzyczącym w niebogłosy, że już nigdy więcej nie pójdzie na narty nie było śladu! Co więcej Ninka, poganiała nas, że chce już znów wrócić na stok! Extra! 😎 Wykupiliśmy sobie dwie godziny dziennie przez cztery dni względnego spokoju na stoku (Marcin jak zwykle zero problemu). Okazało się, że po trzech dniach z instruktorem Nina goni na stoku Marcina i najeżdża na mniejsze hopki. Tak mnie to zmotywowało, że ja – królowa trzymania się wytyczonych tras – też pokusiłam się o mały offtopic i skoczyłam na nartach z mikro hopki 😉.

Człowiek ze stali… i kabanosów

Jestem z mojej rodziny bardzo dumna, że wytrzymali cały tydzień ciężkiej tyry na Chopoku (nie wiem czy zdarzają się tam dni bez wiatru, ale w trakcie naszego pobytu na szczycie wiało tak, że zrywało gacie z tyłka). Pobudkę robiliśmy codziennie przed siódmą rano. Dlaczego? Bo jak się jedzie z moimi rodzicami, trzeba się przygotować na to, że wstaje się przed wszystkimi i wjeżdża się pierwszym krzesełkiem 😉. Wiadomo – ma to swoje plusy, a w sumie to jeden plus – szusowanie przez dobrą godzinę po prawie pustym stoku, który wyglądem przypomina niegdyś ulubione Grzegorza spodnie sztruksowe (jak dobrze, że już ich nie ma!).
Wracając do siódmej rano… wpychanie w siebie jedzenia skoro świt, mimo że nie czuje się głodu też nie było łatwą sprawą. Mnie ten problem nie dotyczy, bo jestem gotowa na każdą ilość jedzenia o każdej porze, ale mąż i dzieciaki mają z tym problem. Grzegorz mąż jest duży i ogarnia już temat, więc nie trzeba było go karmić, ale wepchnąć dzieciakom coś do dzioba, to nie był spacerek po lesie. Po zjedzeniu nano-kawałka bułki twierdzili, że są najedzeni, po czym, po pierwszym zjeździe z górki, przymierali głodem. Ale przezorny zawsze ubezpieczony 😎. Zawsze mam przy sobie magiczny plecak z wałówką. I tak przez cały tydzień futrowaliśmy ich, wjeżdżając wyciągiem na górę (bo szkoda czasu na przerwę), różnymi specjałami – od kabanosów po m&m’sy. Według mnie i dzieciaków najlepszy smak uzyskuje się przy jedzeniu jednocześnie jednego i drugiego 😁.

P.S.

Żeby nie było, że jesteśmy tacy najgorsi… Obiecałam sobie, że Marcin po nartach będzie odrabiał lekcje… Efekt może nie jest zadowalający, bo usiedliśmy tylko trzy razy, ale chyba to i tak nieźle, bo mogliśmy nie usiąść wcale.

Jak być mamą księżniczki i nie zwariować? Krótki poradnik

Bycie mamą księżniczki to nie lada wyzwanie. Cały czas trzeba pilnować, by ta mała słodka istotka nie zmieniła się w wrednego, zielonego golluma o sile rażenia większej niż Incredible Hulk.

Kim jest księżniczka?

Moja księżniczka ma na imię Nina i od urodzenia przejawia swoje królewskie zdolności. W chwili obecnej ma prawie 6 lat i księżniczkowatość na opanowaną na bardzo wysokim poziomie, ale do rzeczy…

Kojarzycie takie dzieci, na które jak się spojrzy, to już koniec? To jest właśnie księżniczka. Swoim urokiem potrafi wycyganić od ciebie wszystko, a ty jesteś zadowolony, że jej to dałeś. A jak jej tego nie dasz, to zamienia się we wspomnianego wcześniej golluma i rujnuje ci nerwy.

Jak się postępuje z księżniczką?

Nie będę opisywać perypetii wieku niemowlęcego, bo były tak traumatyczne, że wyparłem je ze świadomości 😉

Jak opowiadam ludziom, że wychowanie Ninki, to ciągła walka, to patrzą na mnie z niedowierzaniem. – Jak to? – pytają. – Ten słodziak i walka? – Heh, no sorry – odpowiadam – proponuję zaobserwować jej pierwszego lepszego focha, albo niekontrolowany wybuch skrajnych uczuć. Emocje gwarantowane.

Nasze maleństwo, mając lat może 2,5, potrafiło już z zaskoczenia wbijać szpilki 🙂 Pamiętam jak zaganiałam dzieciaki do wieczornego mycia. Najlepszym na to sposobem było stare dobre liczę do trzech i macie być w łazience. Tego dnia dzieciaki miały głupawkę, więc postanowiłam zastosować tę metodę. Raz… dwa… zaczęłam liczyć na tyle wolno, żeby zdążyli. Marcin ruszył z kopyta do łazienki, a Nina podeszła do mnie, spojrzała mi prosto w oczy i powiedziała z szelmowskim uśmiechem ctelyyyy!!! I weź tu się człowieku nie zaśmiej! Skubana była tak słodka w tej bezczelności, że uszło jej to na sucho. Jak zresztą wiele innych występków. Wystarczy, że zrobi ten swój dzióbek i zacznie mówić słodkim głosem i już po tobie!

Nina i wielki talent do zwracania na siebie uwagi

Historia zdarzyła się jakiś rok temu. Jak zwykle zawiozłam dzieciaki do szkoły/ przedszkola. Parę dni wcześniej Nina przewróciła się na basenie i miała dość pokaźną śliwkę na piszczeli. Trochę poryczała, ale nic jej nie było. Odprowadziłam ich i jak każda Matka Polka pojechałam do pracy. Tego dnia nasze pociechy miały być odebrane przez moich teściów. Zaczęło się od telefonu z przedszkola. – Ninę boli noga. Mówi, że nie może chodzić, że noga na pewno jest złamana. – słyszę w telefonie głos jednej z przedszkolanek. Pierwsze, co pomyślałam, to no to się zaczyna – Nina i jej wymysły. – Czy Nina się uderzyła? – pytam. – Nic takiego się nie wydarzyło – słyszę w odpowiedzi – ale bardzo ją boli. Odpowiadam na to – Szła do przedszkola o własnych siłach i nie narzekała, więc albo uderzyła się w przedszkolu, albo udaje. Proszę nie dawać się nabrać i kazać jej chodzić normalnie, bo pewnie nic jej nie jest – poleciłam przedszkolance i rozmowa się zakończyła (tak, wiem, okropna ze mnie matka). Wyobraźcie sobie, że po pół godzinie dzwoni znów telefon. Tym razem dyrektorka przedszkola, że Ninę bardzo boli noga, że nie może chodzić ani nawet stanąć i może naprawdę być złamana. Że konsultowała się mężem – lekarzem, przez telefon badali nogę i faktycznie może być złamana, bo na kości, tam gdzie siniak, jest obrzęk. Pytam więc – Czy Nina słyszała Pani rozmowę i mężem? – Tak słyszała – odpowiada Pani. Myślę sobie – wszystko jasne, Nina wkręciła ich na maksa i podkręcała temat, jak zorientowała się, że ma widownię… Ale z drugiej strony… może faktycznie coś jej jest…

Z pracy wyjść nie mogłam, wiec nie pozostało nic innego jak czekać, aż odbiorą ją dziadkowie. Kiedy teściowie przyszli po Ninę, to w przedszkolu była już żałoba i lament, bo Nina złamała nogę, a wyrodna matka po nią nie przyjechała. Doszło do tego, że dziadek lat 77 niósł Ninę na rękach jakiś kilometr do naszego domu. Kiedy wróciłam z pracy teściu (lekarz) też już uważał, że Nina ma złamaną nogę. Że przecież u dzieci takie rzeczy mogą wyjść dopiero po kilku dniach i u dzieci kości łamią się inaczej. Siedziałam w domu i sama zastanawiałam się co zrobić z tym fantem (parę miesięcy wcześniej Nina faktycznie złamała rękę, wiec jako takie rozeznanie w temacie miałam). Skończyło się na tym, że dla świętego spokoju pojechałam z nią następnego dnia do szpitala (frajerka). Oczywiście noga nie była złamana i nic jej nie było, a lekarz patrzył się na mnie jak na jakąś nawiedzoną matkę- wariatkę, która nie ma co robić, tylko głowę zawraca. Jakiś dzień później noga cudownie ozdrowiała – czytaj – Ninie znudziła się już ta afera.
Kurtyna w dół.

Gdyby przyznawano dzieciakom nagrody za wkręcanie dorosłych, to Nina zgarnęłaby tę w kategorii Medycyna i Cudowne Ozdrowienia.

Cała akcja uszła jej oczywiście na sucho, bo przecież NA SZCZĘŚCIE noga okazała się być cała…. No przepraszam, a jaka miała być, skoro się nic się nie stało?!? I weź tu człowieku nie zwariuj, kiedy tak skutecznie wkręca cię czterolatka 🙂

 

P.S. Oczywiście kocham ją nad życie i nigdy bym nic w niej nie zmieniła 🙂

Z cyklu – ja też mam postanowienia noworoczne – wersja jolanta.the.wife

Nowy rok – nowa ja! Tak pewnie myśli sobie spora część kobiet pod koniec roku zakładając, że tym razem na pewno nie straci zapału do zmiany stylu życia na zdrowy/ fit/ambitny. Przestawienie się z dnia na dzień, szczególnie w okresie świąteczno – noworocznego obżarstwa, opijstwa i lenistwa byłoby skuteczne tylko w przypadku zafundowania sobie lobotomii połączonej z całkowitą zmianą osobowości. Jak wiadomo, lobotomia nie cieszy się już szczególną popularnością, głównie ze względu na swoją marną skuteczność, więc pozostaje tylko możliwość zmiany zachowania z własnej silnej woli. A wiadomo jak to jest z silną wolą – robi z nami co chce. Najczęściej kończy się to zmianą osobowości o 360 stopni, czyli powrót do dawnych przyzwyczajeń 🙂

Poniżej kilka punktów wyciągniętych z mojej listy noworocznych postanowień

Punkt pierwszy – ćwicz regularnie

Jest to stały element moich corocznych postanowień i ma jeden cel: być najlepszą wersją siebie. Deadline – Majówka. Co roku mam tzw. rzuty na bycie szczupłądobrze się prezentującą. Ta niepochamowana ochota dopada mnie właśnie w okolicach nowego roku, kiedy dni robią się coraz dłuższe. Zdaję sobie wtedy sprawę, że sezon półwyspowy zbliża się nieubłaganie i trzeba się za siebie wziąć. W końcu paradowanie bez krępacji w stroju kąpielowym przez całe lato musi mieć jakąś mroczną stronę. W tym roku ambitnie postanowiłam wstawać pół godziny szybciej i poćwiczyć w domowym zaciszu (mój boże). Godzina zero wybiła w środę o 5:30 (o zgrozo!). Budzik brutalnie uświadomił mi, że zadanie jest dużo ponad moje siły. Ostatecznie udało się wstać o 5:50. Przywdziałam sportowy ciuch i poćwiczyłam jakieś siedem i pół minuty. Odhaczone 🙂

Punkt drugi – idź na spacer raz w tygodniu

Przyznam szczerze – nie przepadam za spacerowaniem dla samej idei spacerowania. Jak coś robię, to lubię widzieć w tym jakiś cel. Jak spaceruję, to po to, żeby gdzieś pójść (np. na lody ) lub coś przemyśleć (sens życia, homo ergo sum, itd.). Dlatego właśnie spacer przyprawia mi dużo trudności. Jestem typowym homo stacjonaris 🙂 ALE wczoraj, mimo wichury i obfitych opadów śniegu, zaliczyłam spacer na świeżym powietrzu w CH Matarnia (dla niewtajemniczonych – jest to takie centrum handlowe, w którym z każdego sklepu wychodzi się na dwór). Tak więc pokonałam morderczy dystans 200 metrów z Empiku do TK Maxa i z powrotem. Zważywszy na ekstremalne warunki pogodowe, był to wyczyn niemal heroiczny. Odhaczone!

Punkt trzeci – nie krzycz na dzieci

Dzień próby przyszedł szybciej, niż mogłam się tego spodziewać. Zaczęło się od tego, ze Marcin się rozchorował i musiał zostać w domu. Postanowiłam, ze Nina pójdzie do przedszkola, a chłopaki zrobią sobie w domu męski dzień. Ninie nie bardzo spodobał się ten pomysł. Dziś rano zamieniła się w El Niño i chciała mnie zgładzić (ewentualnie wysłać do wariatkowa). Od momentu, w którym otworzyła oczy, do momentu, w którym wcisnęłam ją siłą do sali przedszkolnej, ryczała najbardziej wkurzającym rykiem, jaki umie z siebie wydobyć. Żeby nie było – obudziłam ją delikatnie, podałam Actimel do łóżka, oświadczyłam ze Marcin zostaje w domu i… się zaczęło! – Ja też chcę zostać w domuuuuu! – Ale Ninuś – tłumaczę – Marcinek jest chory, dlatego zostaje w domu, rozumiesz? – Ale ja nie chcę iiiiść, łeeeeeee! – Nina kontynuuje wycie. Wdech – wydech i tłumaczę dalej, żeby tak nie wyła, bo obudzi Marcina i tatę. – Ale ja nie mogę przestaaaaaaać! Łeeeeeee! … – No jak to nie możesz przestać? – pytam. – No nie mogeeeeeeeeę, łeeeeeee! Tak nam minęło jakieś 10 minut. O dziwo chłopaki się nie obudzili. Nina kontynuowała wycie przy ubieraniu, czesaniu, wkładaniu kurtki i butów, a ja modliłam się o cierpliwość. Pełna czysto matczynych uczuć kontynuowałam codzienny rytuał i zawiozłam wyjca do przedszkola. Jako że Panie znają El Niño w każdej postaci, na wejściu nie musiałam nic mówić, wystarczyło porozumiewawcze spojrzenie. I tak udało mi się przeżyć z Ninką cudowny poranek i ani razu na nią nie nakrzyczeć (przynajmniej tak mi się wydaje). Odhaczone! 🙂

Kilka słów o diecie

Jestem wielką fanką ulubionej diety mojego męża. Nazywa się Dieta- Cud. Polega na tym, że jesz wszystko i czekasz na cud 🙂 . Stosowanie jakiejkolwiek diety w moim przypadku mija się z celem z dwóch powodów. Po pierwsze primo – kiedyś w końcu przyjdzie piątek i znowu stanie się weekend i będę jadła tyle, że głodna poczuję się w sobotę w okolicach obiadu. Drugie primo – sezon półwyspowy, obfitujący w grilla i piwko, a jak wiadomo, nie są to dietetyczne tematy. Z doświadczenia wiem, że jakakolwiek dieta powoduje u mnie w ostatecznym rozrachunku dodatkowe kilogramy. Zastępczo zamiast diety przyjęłam życiową mantrę – Życie jest za krótkie, żeby jeść to, na co się nie ma ochoty.

P.S.

Na mojej liście jest też punkt: Nie wydawaj pieniędzy… no cóż… ładną mam konsolę, prawda? Wczoraj kupiłam 😀

Kilka słów o świątecznych prezentach – poradnik dla nieporadnych :)

Tytułem wstępu

Jak wiadomo, świąteczne prezenty przyprawiają co roku sporą część społeczeństwa o niezły ból głowy. Szczerze mówiąc, to wolałabym mieć kaca przez tydzień, niż musieć latać po sklepach i szukać czegoś dla mamy, taty, teściów, szwagrów, bratów i dzieciów. Cały ten świąteczny klimat związany z kupowaniem idealnego prezentu kojarzy mi się ze wspaniałym rysunkiem autorstwa genialnego Andrzeja Rysuje.

Nic lepiej nie odzwierciedla stanu psychicznego osoby latającej gorączkowo po galerii handlowej, niż hasło jesteś w dupie. Na kilka dni przed świętami, jedyne co jest nam w stanie przyjść do głowy, to kupić coś na odpierdol.

Moja rodzina

Jeśli chodzi o mnie, to mam szczęście posiadania dużej rodziny w okolicach Trójmiasta. Dzięki czemu mamy ze sobą jako taki kontakt i nawet się lubimy. Ba! Czasem spotykamy się ze sobą z własnej, nieprzymuszonej woli! To fajna sprawa, jak przy jakiejś okazji (najlepsze są imprezy u moich rodziców) spotyka się cała ekipa i jest tak głośno, że aż dziw bierze, że sąsiedzi nie dzwonią na policję.

Ale wszystko ma swoje lepsze i gorsze strony. Duża rodzina, to dużo prezentów. Całe szczęście mamy w rodzinie jakąś niepisaną, całkiem naturalną zasadę, kto komu robi prezenty. I tak, co roku z braćmi (mam ich trzech) składamy się na prezenty dla rodziców. Wymyślenie czegoś sensownego nie jest rzeczą łatwą, gdyż rodzice są dość wybredni. Stałym elementem od kilku lat jest kalendarz ze zdjęciami naszych dzieci (do tej pory dorobili się sześciu wnuków, ale…kto wie 🙂 ). Kolejny prezent ktoś musi wymyślić, a reszta się dorzuca. Tu pojawia się pewien haczyk. Powiedzmy, że jedna osoba wymyśli jakiś prezent, ale komuś innemu się nie spodoba. Osoba, która oprotestuje prezent musi wymyślić inny! Dlatego właśnie pomysły na prezenty oprotestowywane są z dużą rozwagą i szybko dochodzimy do konsensusu.

Braciaki

Z braćmi sytuacja była kiedyś bardzo ciekawa. Jak nie mieliśmy dzieci, to co roku w Mikołajki losowaliśmy kto komu będzie robił prezent. Pamiętam jak któregoś roku chciałam sprawić, że losowanie będzie efektowne. Ukryłam karteczki z imionami w balonach i liczyłam, że nikt nie pęknie balona ze swoim imieniem. Niestety jak tylko pierwszy balon pękł, to stało się właśnie to, czego się obawiałam – Radek wylosował samego siebie. Od tej pory losowanie następowało z kapelusza. Odkąd mamy dzieci (wszystkie są w podobnym wieku), już nie obdarowujemy się prezentami, ale robimy niespodzianki naszym dzieciom (te to mają szczęście).

Co roku spotykamy się tłumnie w domu rodziców i gorączkowo grzebiemy pod choinką w poszukiwaniu karteczki ze swoim imieniem. W tej sytuacji posiadanie dzieci bywa przydatne, bo głupio by było grzebać wśród prezentów, gdyby się okazało, że nic tam dla ciebie nie ma, a tak to w razie czego można się wykręcić wymówką, że szuka się czegoś dla swojego dziecka.

Mój sposób na święty spokój

Niby człowiek wie komu musi kupić prezent. Co roku sytuacja się powtarza, ale nadal większość z nas robi zakupy na ostatnią chwilę, albo na wspomniany wcześniej odpierdol. Ja mam inny sposób. Jego skuteczność oceniam na jakieś 75% (czyli całkiem nieźle). W swoim smartphonie mam notatkę, która nazywa się Prezenty. Przez cały rok zapisuję w niej pomysły na podarki, jak tylko jakiś wpadnie mi do głowy. Jeśli usłyszę w marcu, lipcu czy wrześniu, że komuś by się coś przydało, albo o czymś marzy, tylko szkoda mu kasy, to zapisuję to na mojej liście. Notatka dotyczy wszystkich, nawet mnie i nie ogranicza się tylko do Bożego Narodzenia, ale też urodzin i innych okazji.

Wyjątek stanowi regułę

Oczywiście to tylko teoria i nigdy nie jest tak, że dla wszystkich coś wymyślę. W tym roku mam problem z podarkiem dla teścia, więc oddelegowałam to zadanie mojemu mężowi. Nadal nic nie wymyślił i wszystko wskazuje na to, że będzie główną postacią z rysunku wyżej wymienionego Andrzeja – Buziaku życzę Ci powodzenia! 🙂

Jeśli już znajdę się w sytuacji krytycznej, to centrum handlowe, to nadal ostatnie miejsce, do którego udałabym się na zakupy. Dlaczego? Po pierwsze, wiadomo – korki i liczba ludzi. Po drugie, wybór – im większy, tym trudniej na coś się zdecydować. Dlatego wybieram rozwiązania wirtualne. Od kilku lat jestem fanką Westwinga i bardzo pomocne są ich kampanie przedświąteczne z gwarancją dostarczenia przed świętami. W ten sposób zamówiłam w tym roku dwa prezenty. W ogóle sklepy internetowe to dobra opcja na znalezienie rozwiązania na świąteczne problemy. Inną dobrą opcją na zrealizowanie świątecznych zapotrzebowań są małe sklepy czy pracownie, zaopatrzone w ograniczoną liczbę oryginalnych przedmiotów (pssst! one też mają sklep internetowy!).

Tak czy owak, zakupy mam już ogarnięte. Ale żeby nie było za łatwo, szarpnęłam się na pomysł upieczenia dwóch bezglutenowych ciast świątecznych, które będzie dało się zjeść. Przecież nie może być tak, że wszyscy opychają się ciastem, a szwagierka obchodzi się smakiem.

P.S. Macie jakieś sprawdzone przepisy? 🙂