Przecież mamy wiedzą wszystko! Czyli bycie mamą… oczami matki

Dzień Matki już za nami, czas na małe podsumowanie. Z okazji tego (moim zdaniem mało potrzebnego) święta naszło mnie parę refleksji. Dlaczego mało potrzebnego? No cóż, matką się po prostu jest i sam fakt bycia nią nie jest czymś godnym święta. Ważne jest JAKĄ matką się jest i to ma największe znaczenie. Wydaje mi się, że za bycie dobrą matką, mamy są wynagradzane przez swoje dzieci – nie ma nic lepszego niż „dziękuję mamusiu” albo „dobranoc kochana mamusiu, ty też śpij dobrze i żeby ci się przyśniły same cudowności” albo moje ulubione „przesyłam ci miliony serduszek w jednym serduszku i miliony buziaczków w jednym buziaczku” :😄Serce mięknie, łzy cisną się do oczu, a wszystkie wkurwy z dnia bieżącego znikają niczym kamfora 🤗 Czytaj dalej Przecież mamy wiedzą wszystko! Czyli bycie mamą… oczami matki

Wspólne zakupy z dzieciakami, czyli jak wykończyć dwie dorosłe osoby w siedem minut

Szwagierka zaproponowała mi kiedyś, żeby dwa razy do roku wybrać się na zakupy i powybierać dzieciakom jakieś fajne ubrania. Na początku chodziłyśmy same, ale koncepcja ewoluowała i zaczęłyśmy zabierać ze sobą mój wspaniały duet – Ninę i Marcina… No cóż, niby człowiek już dorosły, a jednak cały czas niezbyt mądry 😄 Czytaj dalej Wspólne zakupy z dzieciakami, czyli jak wykończyć dwie dorosłe osoby w siedem minut

Jak być mamą księżniczki i nie zwariować? Krótki poradnik

Bycie mamą księżniczki to nie lada wyzwanie. Cały czas trzeba pilnować, by ta mała słodka istotka nie zmieniła się w wrednego, zielonego golluma o sile rażenia większej niż Incredible Hulk.

Kim jest księżniczka?

Moja księżniczka ma na imię Nina i od urodzenia przejawia swoje królewskie zdolności. W chwili obecnej ma prawie 6 lat i księżniczkowatość na opanowaną na bardzo wysokim poziomie, ale do rzeczy…

Kojarzycie takie dzieci, na które jak się spojrzy, to już koniec? To jest właśnie księżniczka. Swoim urokiem potrafi wycyganić od ciebie wszystko, a ty jesteś zadowolony, że jej to dałeś. A jak jej tego nie dasz, to zamienia się we wspomnianego wcześniej golluma i rujnuje ci nerwy.

Jak się postępuje z księżniczką?

Nie będę opisywać perypetii wieku niemowlęcego, bo były tak traumatyczne, że wyparłem je ze świadomości 😉

Jak opowiadam ludziom, że wychowanie Ninki, to ciągła walka, to patrzą na mnie z niedowierzaniem. – Jak to? – pytają. – Ten słodziak i walka? – Heh, no sorry – odpowiadam – proponuję zaobserwować jej pierwszego lepszego focha, albo niekontrolowany wybuch skrajnych uczuć. Emocje gwarantowane.

Nasze maleństwo, mając lat może 2,5, potrafiło już z zaskoczenia wbijać szpilki 🙂 Pamiętam jak zaganiałam dzieciaki do wieczornego mycia. Najlepszym na to sposobem było stare dobre liczę do trzech i macie być w łazience. Tego dnia dzieciaki miały głupawkę, więc postanowiłam zastosować tę metodę. Raz… dwa… zaczęłam liczyć na tyle wolno, żeby zdążyli. Marcin ruszył z kopyta do łazienki, a Nina podeszła do mnie, spojrzała mi prosto w oczy i powiedziała z szelmowskim uśmiechem ctelyyyy!!! I weź tu się człowieku nie zaśmiej! Skubana była tak słodka w tej bezczelności, że uszło jej to na sucho. Jak zresztą wiele innych występków. Wystarczy, że zrobi ten swój dzióbek i zacznie mówić słodkim głosem i już po tobie!

Nina i wielki talent do zwracania na siebie uwagi

Historia zdarzyła się jakiś rok temu. Jak zwykle zawiozłam dzieciaki do szkoły/ przedszkola. Parę dni wcześniej Nina przewróciła się na basenie i miała dość pokaźną śliwkę na piszczeli. Trochę poryczała, ale nic jej nie było. Odprowadziłam ich i jak każda Matka Polka pojechałam do pracy. Tego dnia nasze pociechy miały być odebrane przez moich teściów. Zaczęło się od telefonu z przedszkola. – Ninę boli noga. Mówi, że nie może chodzić, że noga na pewno jest złamana. – słyszę w telefonie głos jednej z przedszkolanek. Pierwsze, co pomyślałam, to no to się zaczyna – Nina i jej wymysły. – Czy Nina się uderzyła? – pytam. – Nic takiego się nie wydarzyło – słyszę w odpowiedzi – ale bardzo ją boli. Odpowiadam na to – Szła do przedszkola o własnych siłach i nie narzekała, więc albo uderzyła się w przedszkolu, albo udaje. Proszę nie dawać się nabrać i kazać jej chodzić normalnie, bo pewnie nic jej nie jest – poleciłam przedszkolance i rozmowa się zakończyła (tak, wiem, okropna ze mnie matka). Wyobraźcie sobie, że po pół godzinie dzwoni znów telefon. Tym razem dyrektorka przedszkola, że Ninę bardzo boli noga, że nie może chodzić ani nawet stanąć i może naprawdę być złamana. Że konsultowała się mężem – lekarzem, przez telefon badali nogę i faktycznie może być złamana, bo na kości, tam gdzie siniak, jest obrzęk. Pytam więc – Czy Nina słyszała Pani rozmowę i mężem? – Tak słyszała – odpowiada Pani. Myślę sobie – wszystko jasne, Nina wkręciła ich na maksa i podkręcała temat, jak zorientowała się, że ma widownię… Ale z drugiej strony… może faktycznie coś jej jest…

Z pracy wyjść nie mogłam, wiec nie pozostało nic innego jak czekać, aż odbiorą ją dziadkowie. Kiedy teściowie przyszli po Ninę, to w przedszkolu była już żałoba i lament, bo Nina złamała nogę, a wyrodna matka po nią nie przyjechała. Doszło do tego, że dziadek lat 77 niósł Ninę na rękach jakiś kilometr do naszego domu. Kiedy wróciłam z pracy teściu (lekarz) też już uważał, że Nina ma złamaną nogę. Że przecież u dzieci takie rzeczy mogą wyjść dopiero po kilku dniach i u dzieci kości łamią się inaczej. Siedziałam w domu i sama zastanawiałam się co zrobić z tym fantem (parę miesięcy wcześniej Nina faktycznie złamała rękę, wiec jako takie rozeznanie w temacie miałam). Skończyło się na tym, że dla świętego spokoju pojechałam z nią następnego dnia do szpitala (frajerka). Oczywiście noga nie była złamana i nic jej nie było, a lekarz patrzył się na mnie jak na jakąś nawiedzoną matkę- wariatkę, która nie ma co robić, tylko głowę zawraca. Jakiś dzień później noga cudownie ozdrowiała – czytaj – Ninie znudziła się już ta afera.
Kurtyna w dół.

Gdyby przyznawano dzieciakom nagrody za wkręcanie dorosłych, to Nina zgarnęłaby tę w kategorii Medycyna i Cudowne Ozdrowienia.

Cała akcja uszła jej oczywiście na sucho, bo przecież NA SZCZĘŚCIE noga okazała się być cała…. No przepraszam, a jaka miała być, skoro się nic się nie stało?!? I weź tu człowieku nie zwariuj, kiedy tak skutecznie wkręca cię czterolatka 🙂

 

P.S. Oczywiście kocham ją nad życie i nigdy bym nic w niej nie zmieniła 🙂