Rozterki Półwyspowego zwierzaka, czyli o tym dlaczego robię samochodem 100km dziennie

Udostępnij, jeśli wywołam uśmiech na Twojej twarzy 😉

Wakacje to dla mnie słodko – gorzki czas. Z jednej strony super, bo  przenosimy się na Półwysep Helski i praktycznie spędzamy całe lato na kempingu. Z drugiej strony trochę mniej super, bo jak to bywa w dorosłym życiu, trzeba chodzić do pracy… albo raczej jeździć… codziennie…. po 60 km… w jedną stronę…

Jola, serio chce ci się tak jeździć?

To pytanie słyszę za każdym razem, kiedy opowiadam komuś o tym, że tak robię. Co mam odpowiedzieć? Pewnie, że mi się NIE chce! Płaczę (wirtualnie, w myślach 😁) za każdym razem kiedy o 6:10 budzi mnie telefon. Jakieś trzy do siedmiu razy przeklinam w myślach całą tę sytuację, marudzę Grzegorzowi, że może by pier**lić to wszystko, zamieszkać na Sycylii i hodować pomarańcze. ALE wstaję, poprawiam koronę i jadę do pracy 😉. Plus mieszkania w przyczepie i jeżdżenia stąd do pracy jest taki, że nie mam miejsca na ciuchy, przez to mam ich mało, więc nie zastanawiam się rano co na siebie włożyć (jakieś 10 minut zaoszczędzone). Dodatkowo, zazwyczaj jestem opalona już w połowie czerwca, a jak wiadomo, opalenizna sprawia, że człowiek jakoś korzystniej wygląda (przynajmniej na pierwszy rzut oka), więc na lato rezygnuję z makijażu (kolejne 10 minut w kieszeni). Podsumowując… od momentu wstania z łóżka do wyjścia z przyczepy mija jakieś… 25 minut. I tak większość czasu siedzę i płaczę (wirtualnie) 😁

Na co te męki?

Skoro tak bardzo cierpię jeżdżąc w tę i z powrotem, nasuwa się pytanie po co to robię? Przecież mogłabym w tygodniu brylować po pracy na trójmiejskich deptakach, beztrosko jedząc gofry z bitą śmietaną i polewą toffi, siedzieć modnie na falochronie w Gdyni i w zadumie czytać książkę. Albo przesiadywać na tarasie fancy knajpy w Sopocie i popijać Aperol. Mogłabym, ale wolę przeklinać swój los przez dwie godziny dziennie jadąc samochodem. Dlaczego? To jest bardzo dobre pytanie 😁 Wracając z pracy w poniedziałek zastanawiałam się nad powodem, dla którego to robię. Czy chodzi o możliwość spędzania czasu z rodziną, czy może jednak o możliwość siedzenia na Półwyspie? 🙂 Well…

Urlop, półurlop i…

O tym, czym różni się urlop od półurlopu pisałam już kiedyś TU  Gwoli przypomnienia – urlop jest wtedy, gdy nie chodzisz do pracy i nie masz pod opieką dzieci (czytaj: hulaj dusza, piekła nie ma 😁). Półurlop można mieć w dwóch przypadkach – kiedy nie chodzisz do pracy, ale masz pod opieką dzieci oraz kiedy nie masz pod opieką dzieci, ale chodzisz do pracy (w tym momencie mam opcję drugą 😉). Wiadomo, najlepsza opcja, czyli urlop zdarza się rzadko, ale jak już się wydarzy, to wspominamy ją latami 😄. Półurlopy też są spoko, pozwalają wypocząć „na spokojnie”, bo w obu przypadkach nie można sobie pozwolić na zbytnie szaleństwa.

Ćwierćurlop

Od kilku dni chodzi za mną jeszcze ćwierćurlop. Jestem zwolenniczką Brzytwy Okhama i nie lubię mnożyć bytów ponad potrzebę, ale to nie daje mi spokoju. Ćwierćurlop jest bytem bardzo specyficznym i występuje wtedy, gdy spełnione są następujące warunki : 1) chodzisz do pracy, 2) masz pod opieką dzieci, 3) lepszą połowę dnia spędzasz codziennie na półwyspie 😁. 

To jest odpowiedź na pytanie dlaczego to robię – bo tak jest najfajniej. Gdybym miała siedzieć w domu przez cały tydzień sama, to bym z nudów zaczęła ścierać kurz z półek w garażu🙄. Tymczasem jedynie godzina drogi (niektórzy tyle czasu spędzają na regularne dojazdy) dzieli mnie od bycia na wczasach. Takie codzienne wczasy zaczynające się po 17 😉.

Nasuwa się pytanie, czy to się różni od bycia w jakimś innym miejscu, przecież w domu też może być fajnie. Otóż chodzi o to, że na Półwyspie spędzasz czas wśród ludzi, który mają w tym momencie urlop (lub półurlop, wersja z dziećmi)! Jako kempingowy lokales, masz tu stałych znajomych, którzy przyjeżdżają tu co roku. Powrót po pracy do takiego miejsca sprawia, że w mig zapominasz o tym, że byłeś rano w robocie. ALE – WAŻNA SPRAWA – nie można zapomnieć o tym, że znowu rano należy iść do pracy… (you know what I mean 😉).

Podsumowując napiszę tylko, że nawet jak pogoda jest brzydka, to warto pojechać. Wczoraj na przykład zrobiliśmy z Grzegorzem coś pierwszy raz w tym sezonie. Usiedliśmy w przyczepie i oglądaliśmy TV przez cały wieczór… hmm… w niektórych okolicznościach nawet nudzenie się może okazać się ciekawe 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *