Przypowieść o Salomonie i Drewnochronie, czyli na co komu ciuchy do malowania

Udostępnij, jeśli wywołam uśmiech na Twojej twarzy 😉

Cała rzesza ludzi ma tak, że jak przestają nosić jakieś ciuchy, to zamiast oddać je komuś, komu mogą się jeszcze przydać, chowają je na dno swojej i tak wypchanej po brzegi szafy, uporczywie twierdząc, że przydadzą się do malowania. Bullshit! 😄

Grześ i ciuchy do malowania

Mój mąż jest tego doskonałym przykładem. Kilka lat temu ciuchów do malowania było w jego szafie więcej, niż tych do noszenia. A jak przyszło co do czego i trzeba było malować, to zatrudnił ekipę 😂. Był tak przywiązany do swoich poszarzałych t-shirtów, że za nic nie chciał ich oddać. Całe szczęście w tamtym czasie ubierał się dość monotematycznie i jego garderoba składała się z 34 koszulek w kolorze czarnym. Początkowo nie zauważał jak powoli znikają najlichrze egzemplarze. Niestety nadszedł ten dzień, kiedy się skapnął i niemalże ze łzami w oczach, po długich negocjacjach, pozwolił przeznaczyć kilka z nich na szmaty (do tej pory leżą w kotłowni i czekają na użycie 😅). 

Grześ i drewnochron

Historia miała miejsce zanim się poznaliśmy. Paręnaście lat temu mój mąż, jak co roku, przygotowywał szkółkę [windsurfingu na Półwyspie Helskim] do sezonu letniego. Konstrukcja bazy zrobiona jest głównie z drewna i co roku należy ją pomalować. Jak wiadomo podniosłe zadania wymagają odpowiedniego ubioru. Mąż mój wspaniały założył do tego zadania nowe buty Salomona (a jak wiadomo, to nie są tanie rzeczy 😅). Bardzo możliwe, że nie założył ich specjalnie, tylko nie chciało mu się przebierać na inne (bardziej prawdopodobna wersja). Tak czy siak, schodząc z drabiny lekko stracił równowagę i wpadł  jedną nogą do puszki wypełnionej impregnatem do drewna 😂. Buty były do wyrzucenia, a z nogi przez miesiąc schodziła mu skóra…

Ciuchy brudzące się wybitnie

Pamietam, że jaoko nastolatka miałam bluzkę, którą plamiłam za KAŻDYM razem od razu po włożeniu 🙄. Bardzo ją lubiłam, ale nie było mi dane ponosić jej dłużej niż mniej więcej do śniadania, kiedy lądował na niej pomidor – ewentualnie do przekąski, kiedy kapiący po brodzie sok z arbuza brudził ją tak, że plama schodziła dopiero po trzecim praniu. Ostatecznie o pół roku zaliczała tyle cykli prania, co dziesięcioletnie koszulki mojego męża i lądowała w szmatach😭

Moja córka ma podobnie. Jednym z jej wielkich talentów jest brudzenie ubrań wszelkimi możliwymi metodami – jedzeniem, wydzielinami (głównie z nosa), flamastrami, farbami i innymi podobnymi. Przestałam się łudzić, że kiedyś jej to minie i staram się kupować ubrania we wzory – na nich mniej widać niedoprane plamy 😁.

Biuściasta koleżanka i kolega jedzący wszystko wykałaczkami

Czasem dobrze jest mieć mały biust 😉 Parę dni temu znajoma uświadomiła mi, że jako posiadaczka dużych cycuchów [sama je tak nazwała 😅] ma zgoła inszy problem. Zaczęło się od tego, że marudziłam, że znów podczas jedzenia skapnęło mi coś na spodnie. Ona na to, że ma gorzej, bo w jej przypadku między ustami a spodniami są rzeczone cycuchy, które powodują, że to, co skapnie, leci na bluzkę… Pytanie brzmi: Co jest gorsze? Mały biust i brudne spodnie czy duży biust i plama na bluzce? 🤗

Jeden z kolegów mojego męża znalazł na to pewne rozwiązanie – wszystko, co można jeść palcami, nadziewa na wykałaczki. Czasem zabawnie to wyglada, no bo kto podczas klasycznej posiadówki z dobrymi znajomymi nadziewa plasterek kiełbasy polskiej dlugodojrzewającej na wykałaczkę? Toż to można po barbażyńsku – palcyma i już! A palce najlepiej wytrzeć w spodnie czy inną część garderoby. Dokładnie tak, jak robi moja cudowna córcia 🙄.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *