Przypowieść o Salomonie i Drewnochronie, czyli na co komu ciuchy do malowania

Cała rzesza ludzi ma tak, że jak przestają nosić jakieś ciuchy, to zamiast oddać je komuś, komu mogą się jeszcze przydać, chowają je na dno swojej i tak wypchanej po brzegi szafy, uporczywie twierdząc, że przydadzą się do malowania. Bullshit! ?

Grześ i ciuchy do malowania

Mój mąż jest tego doskonałym przykładem. Kilka lat temu ciuchów do malowania było w jego szafie więcej, niż tych do noszenia. A jak przyszło co do czego i trzeba było malować, to zatrudnił ekipę ?. Był tak przywiązany do swoich poszarzałych t-shirtów, że za nic nie chciał ich oddać. Całe szczęście w tamtym czasie ubierał się dość monotematycznie i jego garderoba składała się z 34 koszulek w kolorze czarnym. Początkowo nie zauważał jak powoli znikają najlichrze egzemplarze. Niestety nadszedł ten dzień, kiedy się skapnął i niemalże ze łzami w oczach, po długich negocjacjach, pozwolił przeznaczyć kilka z nich na szmaty (do tej pory leżą w kotłowni i czekają na użycie ?). 

Grześ i drewnochron

Historia miała miejsce zanim się poznaliśmy. Paręnaście lat temu mój mąż, jak co roku, przygotowywał szkółkę [windsurfingu na Półwyspie Helskim] do sezonu letniego. Konstrukcja bazy zrobiona jest głównie z drewna i co roku należy ją pomalować. Jak wiadomo podniosłe zadania wymagają odpowiedniego ubioru. Mąż mój wspaniały założył do tego zadania nowe buty Salomona (a jak wiadomo, to nie są tanie rzeczy ?). Bardzo możliwe, że nie założył ich specjalnie, tylko nie chciało mu się przebierać na inne (bardziej prawdopodobna wersja). Tak czy siak, schodząc z drabiny lekko stracił równowagę i wpadł  jedną nogą do puszki wypełnionej impregnatem do drewna ?. Buty były do wyrzucenia, a z nogi przez miesiąc schodziła mu skóra…

Ciuchy brudzące się wybitnie

Pamietam, że jaoko nastolatka miałam bluzkę, którą plamiłam za KAŻDYM razem od razu po włożeniu ?. Bardzo ją lubiłam, ale nie było mi dane ponosić jej dłużej niż mniej więcej do śniadania, kiedy lądował na niej pomidor – ewentualnie do przekąski, kiedy kapiący po brodzie sok z arbuza brudził ją tak, że plama schodziła dopiero po trzecim praniu. Ostatecznie o pół roku zaliczała tyle cykli prania, co dziesięcioletnie koszulki mojego męża i lądowała w szmatach?

Moja córka ma podobnie. Jednym z jej wielkich talentów jest brudzenie ubrań wszelkimi możliwymi metodami – jedzeniem, wydzielinami (głównie z nosa), flamastrami, farbami i innymi podobnymi. Przestałam się łudzić, że kiedyś jej to minie i staram się kupować ubrania we wzory – na nich mniej widać niedoprane plamy ?.

Biuściasta koleżanka i kolega jedzący wszystko wykałaczkami

Czasem dobrze jest mieć mały biust ? Parę dni temu znajoma uświadomiła mi, że jako posiadaczka dużych cycuchów [sama je tak nazwała ?] ma zgoła inszy problem. Zaczęło się od tego, że marudziłam, że znów podczas jedzenia skapnęło mi coś na spodnie. Ona na to, że ma gorzej, bo w jej przypadku między ustami a spodniami są rzeczone cycuchy, które powodują, że to, co skapnie, leci na bluzkę… Pytanie brzmi: Co jest gorsze? Mały biust i brudne spodnie czy duży biust i plama na bluzce? ?

Jeden z kolegów mojego męża znalazł na to pewne rozwiązanie – wszystko, co można jeść palcami, nadziewa na wykałaczki. Czasem zabawnie to wyglada, no bo kto podczas klasycznej posiadówki z dobrymi znajomymi nadziewa plasterek kiełbasy polskiej dlugodojrzewającej na wykałaczkę? Toż to można po barbażyńsku – palcyma i już! A palce najlepiej wytrzeć w spodnie czy inną część garderoby. Dokładnie tak, jak robi moja cudowna córcia ?.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *