O tym jak oszukałam przeznaczenie – czyli ferie 2019 w pomorskim

Udostępnij, jeśli wywołam uśmiech na Twojej twarzy 😉

Myślę, że każdy kojarzy serię filmów „Oszukać przeznaczenie”. Uczucie podobne do tego, jakie mieli główni bohaterowie, miałam w tym roku w związku z feriami. Coś wewnątrz mnie kazało mi jechać na narty w styczniu. I to „coś” miało rację…

I have a feeling

Zaczęło się od tego, że rodzice zaproponowali wspólny wyjazd w styczniu na Chopok. Oznaczało to tygodniowe wagary od szkoły i pracy – mnie nie trzeba namawiać zbyt długo na takie akcje :). Wyprawa była udana, o czym pisałam >TUTAJ<. Dzięki temu do tematu ferii zimowych podeszłam z większym dystansem… i dzięki Bogu, bo chybaby mnie trafił szlag.

Wirusy, bakterie i inne paskudzstwa

Pierwszy tydzień ferii dzieci miały zaplanowane u dziadków nr 1 (czyli moich rodziców). Termin rozpoczęcia: poniedziałek rano. I co? Już w czwartek, czyli na 4 dni przed Marcin dostał gorączki, a Nina kataru. I-DE-AL-NIE. No nic, lekarstwa wszelkiej maści weszły w obrót, byle tylko dzieciaki wyglądały na jako-tako zdrowe. Nawet się udało i dzieci (prawie zdrowe) udały się na turnus wypoczynkowy do dziadków.

Półurlop

Dzięki tym zabiegom logistycznym miałam pięć dni półurlopu. Dla niewtajemniczonych – półurlop jest wtedy, gdy 1) nie masz pod opieką dzieci, ale chodzisz do pracy lub 2) nie chodzisz do pracy, ale masz pod opieką dzieci. Urlop jest wtedy, kiedy nie masz dzieci pod opieką i nie musisz chodzić do pracy :D. Pięć dni półurlopu oznacza – nicnierobienie po pracy, chodzenie na długie zakupy, na których możesz na serio przemyśleć potrzebę posiadania kolejnych czarnych jeansów, wizytę w IKEI (która wiąże się z ciekawą historią, ale o tym za chwilę), czytanie w ciągu dnia i oglądanie telewizji 🙂 Czyli jednym słowem – lenistwo!

IKEA

Poszłam na mały szoping, szukałam butelki wielorazowej i paru pierdół. Zawsze jak jadę na zakupy do CH Matarnia, parkuję w tym samym miejscu (żeby nie szukać potem samochodu). Zaliczyłam TK Maxxa,a potem udałam się do IKEI. Człowiek jak tam wchodzi, to zupełnie głupieje. Wszystko niby tanie, a jak przychodzi do płacenia, to robi się gorąco. Nie inaczej było w moim przypadku, ponieważ zauważyłam, że kanapa, którą chciałam w tym roku kupić do przyczepy jest o stówkę tańsza. Bez zastanowienia wrzuciłam ją na wózek i dumna niczym paw, ruszyłam w stronę kas. Klik, klik, zapłacone… ale zaraz…gdzie ja mam auto?!? Jakieś sto metrów stąd! Pani ochroniarka nie pozwoliła mi wyjechać wózkiem ze sklepu (co za bezsens). Co zrobiłam? Normalny człowiek zostawiłby siedemnastokilogramowy karton w sklepie i poszedłby po samochód, ale ja już dawno przestałam się oszukiwać, że jestem normalna. Wzięłam ten karton na ręce, resztę zakupów włożyłam w poszewkę na poduszkę, którą kupiłam i dawaj! Ledwo, ale dałam radę. Potem przez pół godziny nie mogłam podnieść do góry rąk.
Jak opowiadałam to swojemu mężowi to pokładał się ze śmiechu. Potem on opowiedział to swojemu kumplowi i muszę przyznać, że historia nieźle ewoluowała. Grzegorz stwierdził, że chciałby zobaczyć na parkingu babeczkę zapierdzielającą w wielkim kartonem i dyndającą w ręku poduszką i chyba usiadłby ze śmiechu (no bo po co pomagać) 😉

Wirusy i bakterie kontratakują

Sielanka nie trwała długo, ponieważ w piątek mój kochany synek obudził się u babci z wielką gulą na szyli. Moja mama, jako mama czwórki dzieci, jest już zaprawiona w bojach i bez wahania pojechała o siódmej rano do przychodni zarejestrować biedne dziecko do pediatry. Oczywiście domowa diagnoza (konsylium składające się ze mnie i mamy) wskazywała na świnkę. Nie wiedziałam czy się cieszyć, czy płakać, ponieważ z jednej strony dobrze, że przejdzie ją jako dziecko, ale z drugiej strony, choroba to choroba i lepiej nie mieć jej wcale. Musiałam wziąć pół dnia urlopu i przetransportować młodego do lekarza. Okazało się, że to nie świnka, tylko węzeł i skończyło się na antybiotyku. Nadal nie wiem, czy lepiej jednak, żeby była to świnka (przynajmniej obyłoby się bez antybiotyków).

Chorowanie w ferie – wady i zalety(?)

Zalet nie ma żadnych, ale to chyb wiadomo. Jak sobie pomyślę, że teraz, z tymi chorobami, miałabym być gdzieś w górach i zamiast jeździć na nartach, siedzieć w domu, to nie wiem co bym zrobiła. Dodając do tego fakt, że jak tylko pomorskie zaczęło ferie, to wszędzie zaczął topić się śnieg… idealne warunki, żeby dostać kociokwiku. 🙂 Podobną sytuację miałam rok temu na ferie. Dzieciaki się rozchorowały trzeciego dnia, a na dworzu było jakieś minus milion stopni. Jak to wspominam, to nadal z nerwów brewka mi pyka ;).

Walę tynki

Gdzieś po drodze, w zeszłym tygodniu były jeszcze walentynki. Tynków w tym roku nie waliłam, chociaż było blisko. 😀 Dzieci nie było w domu, a mąż nawet coś zaplanował. (Do tej pory jedyne co planował, to kupić kwiaty w Biedronce, podczas gdy ja siedziałam w samochodzie na parkingu. Nie zapomnę, jak wrócił do auta, wsiadł i powiedział „Chciałem ci kupić jakieś kwiaty, ale były same brzydkie”… Ałć… nie żebym była jakaś wrażliwa, ale to trochę zabolało 😉 ). W tym roku zarezerwował stolik w knajpie, miało być fą fą fą i romantiko, ale nic z tego nie wyszło, bo praca zatrzymała go w Łodzi… albo Pile… a może jednak była to Warszawa… albo Toruń. Tyle się przemieszcza, że trudno to spamiętać 🙂

Już prawie koniec…

Ferie chylą się ku końcowi. Przed nami jeszcze mały półurlop (ten bez dzieci) i z głowy. Powiem szczerze, że gdyby nie styczniowe narty, to chybabym zwariowała.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *