Marcinek i pamięć złotej rybki

Udostępnij, jeśli wywołam uśmiech na Twojej twarzy 😉

Każdy, kto ma dziecko wie, że nikt nie ma tak krótkiej pamięci jak dziecko  – nawet mąż 🙂

Klasyczny Marcin

Mój syn jest pod wieloma względami wyjątkowy. Z jednej strony, cokolwiek  czego musi nauczyć się na pamięć, pamięta momentalnie. Zawsze tak było i naprawdę rozbrajający był z niego mały człowiek, kiedy w wieku trzech lat recytował całego „Pawła i Gawła”, „Żabę” i pół „Lokomotywy”. Talent z wiekiem mu nie zaniknął (przynajmniej na razie) i jak w ostatniej chwili przypomni obie, że musi nauczyć się wiersza na jutro, to nie ma najmniejszego problemu. Cyk myk i gotowe 🙂

Z drugiej strony, gdyby można było odczepić sobie głowę, to on na bank codziennie zapominałby ją sobie włożyć 🙂 Ja się czasem zastanawiam jak to jest możliwe, żeby zapominać o tylu prostych rzeczach.  Ręce odpadły mi po raz kolejny w poniedziałek, kiedy to okazało się rano, że Marcin nie ma bidonu. W piątek Grzegorz odebrał ze szkoły dzieci, więc brak czegokolwiek w Marcina plecaku specjalnie mnie nie zdziwił. – Marcin sprawdziłeś cały plecak? Nigdzie nie ma bidonu? – pytam. –Nigdzie go nie ma, WSZĘDZIE szukałem – słyszę w odpowiedzi. –  Sprawdź jeszcze raz – nie daję za wygraną. Syn modli się nad plecakiem kilka chwil, po czym uroczyście oznajmia, że bidonu tam nie ma. – No dobra synek, zbieramy się do wyjścia, a ty masz poszukać go w szkole, bo pewnie zostawiłeś na sali gimnastycznej/ komputerowej / karate / stołówce – mówię i zapominam chwilowo o sprawie.

Dość szybko przypomina mi o tym wychowawczyni pisząc smsa o treści : „Dzień dobry. Marcin narzeka na ból głowy. Pozdrawiam”. Fuck! Zaczyna się! Na pewno zaraz dostanę telefon pt. „Marcin zwymiotował” albo coś w tym stylu. Minęła chwila i przypomniałam sobie, że przecież to dziecko pewnie zapomniało o tym, że miało znaleźć bidon i biedne siedzi o suchym pysku od rana. „Może musi się napić wody?” odpisałam i o dziwo telefonu nie było.

Pan Hilary

Mam pewną metodę na to jak sprawić, że dziecko nie zapomina zabrać ze szkoły wszystkich klamotów, które tam codziennie przywleka. Jak przychodzę po delikwenta, to recytuję z pamięci checklistę, którą dzieciaki „odhaczają”. Masz bidon? Tak. Gdzie masz bluzę? W plecaku. Gdzie masz gumkę do włosów, zegarek, wisiorek (i inny pierdolnik)?… Po przeleceniu całej listy „masiów” dopiero oddelegowuję dziecko do szatni lub jeśli jest potrzeba na wycieczkę po szkole w poszukiwaniu fantów.

Tak było również w poniedziałek. Marcin udawał, że szuka bidonu, a ja otworzyłam z nudów jego plecak. Jak można się domyśleć bidon był właśnie tam… Można by pomyśleć, że schował się gdzieś bardzo głęboko, ale nie – był pod piórnikiem. Wołam to moje biedne dziecko i pytam jak to jest możliwe, że on rano szukał w całym plecaku tego bidonu i go nie znalazł, co więcej, jak to możliwe, że wyciągał w szkole z plecaka piórnik, podręczniki i strój na wuef i nie widział bidonu?!? To się naprawdę trzeba postarać, żeby go nie zauważyć. Gdyby nadeszła jakaś chwilowa katastrofa, to moje dziecko padłoby z pragnienia, mając w plecaku butelkę wody 🙂

Koniec tego dobrego!

Po powrocie ze szkoły kazałam mu opróżnić cały plecak, WSZYSTKIE przegrody i przegródki. Wyjąć wszystko, co można wyjąć i posegregować. Kupka śmieci poszła do kosza, książki, piórnik i inne gadżety trafiły z powrotem na swoje miejsca. Brawo! Teraz będziesz wiedział co masz i gdzie to się znajduje! Sukces!

Czy aby na pewno? Następnego dnia rano wyjęłam mu z plecaka śniadaniówkę, żeby zapakować jedzonko, zajrzałam głębiej do plecaka, a tam w woreczkach resztki kanapek i drożdżówek. Patrząc na stan zapleśnienia niektórych okazów, stwierdziłam, że muszą być z przed tygodnia…! – Marcin jak to możliwe, że masz w plecaku jedzenie z zeszłego tygodnia, przecież na litość boską, wczoraj wyjmowałeś wszystko z plecaka?!? – pytam, będąc na skraju załamania nerwowego. – Nie wiem mamuś – odpowiada – może zapomniałem wyjąć…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *