Kilka słów o świątecznych prezentach – poradnik dla nieporadnych :)

Udostępnij, jeśli wywołam uśmiech na Twojej twarzy 😉

Tytułem wstępu

Jak wiadomo, świąteczne prezenty przyprawiają co roku sporą część społeczeństwa o niezły ból głowy. Szczerze mówiąc, to wolałabym mieć kaca przez tydzień, niż musieć latać po sklepach i szukać czegoś dla mamy, taty, teściów, szwagrów, bratów i dzieciów. Cały ten świąteczny klimat związany z kupowaniem idealnego prezentu kojarzy mi się ze wspaniałym rysunkiem autorstwa genialnego Andrzeja Rysuje.

Nic lepiej nie odzwierciedla stanu psychicznego osoby latającej gorączkowo po galerii handlowej, niż hasło jesteś w dupie. Na kilka dni przed świętami, jedyne co jest nam w stanie przyjść do głowy, to kupić coś na odpierdol.

Moja rodzina

Jeśli chodzi o mnie, to mam szczęście posiadania dużej rodziny w okolicach Trójmiasta. Dzięki czemu mamy ze sobą jako taki kontakt i nawet się lubimy. Ba! Czasem spotykamy się ze sobą z własnej, nieprzymuszonej woli! To fajna sprawa, jak przy jakiejś okazji (najlepsze są imprezy u moich rodziców) spotyka się cała ekipa i jest tak głośno, że aż dziw bierze, że sąsiedzi nie dzwonią na policję.

Ale wszystko ma swoje lepsze i gorsze strony. Duża rodzina, to dużo prezentów. Całe szczęście mamy w rodzinie jakąś niepisaną, całkiem naturalną zasadę, kto komu robi prezenty. I tak, co roku z braćmi (mam ich trzech) składamy się na prezenty dla rodziców. Wymyślenie czegoś sensownego nie jest rzeczą łatwą, gdyż rodzice są dość wybredni. Stałym elementem od kilku lat jest kalendarz ze zdjęciami naszych dzieci (do tej pory dorobili się sześciu wnuków, ale…kto wie 🙂 ). Kolejny prezent ktoś musi wymyślić, a reszta się dorzuca. Tu pojawia się pewien haczyk. Powiedzmy, że jedna osoba wymyśli jakiś prezent, ale komuś innemu się nie spodoba. Osoba, która oprotestuje prezent musi wymyślić inny! Dlatego właśnie pomysły na prezenty oprotestowywane są z dużą rozwagą i szybko dochodzimy do konsensusu.

Braciaki

Z braćmi sytuacja była kiedyś bardzo ciekawa. Jak nie mieliśmy dzieci, to co roku w Mikołajki losowaliśmy kto komu będzie robił prezent. Pamiętam jak któregoś roku chciałam sprawić, że losowanie będzie efektowne. Ukryłam karteczki z imionami w balonach i liczyłam, że nikt nie pęknie balona ze swoim imieniem. Niestety jak tylko pierwszy balon pękł, to stało się właśnie to, czego się obawiałam – Radek wylosował samego siebie. Od tej pory losowanie następowało z kapelusza. Odkąd mamy dzieci (wszystkie są w podobnym wieku), już nie obdarowujemy się prezentami, ale robimy niespodzianki naszym dzieciom (te to mają szczęście).

Co roku spotykamy się tłumnie w domu rodziców i gorączkowo grzebiemy pod choinką w poszukiwaniu karteczki ze swoim imieniem. W tej sytuacji posiadanie dzieci bywa przydatne, bo głupio by było grzebać wśród prezentów, gdyby się okazało, że nic tam dla ciebie nie ma, a tak to w razie czego można się wykręcić wymówką, że szuka się czegoś dla swojego dziecka.

Mój sposób na święty spokój

Niby człowiek wie komu musi kupić prezent. Co roku sytuacja się powtarza, ale nadal większość z nas robi zakupy na ostatnią chwilę, albo na wspomniany wcześniej odpierdol. Ja mam inny sposób. Jego skuteczność oceniam na jakieś 75% (czyli całkiem nieźle). W swoim smartphonie mam notatkę, która nazywa się Prezenty. Przez cały rok zapisuję w niej pomysły na podarki, jak tylko jakiś wpadnie mi do głowy. Jeśli usłyszę w marcu, lipcu czy wrześniu, że komuś by się coś przydało, albo o czymś marzy, tylko szkoda mu kasy, to zapisuję to na mojej liście. Notatka dotyczy wszystkich, nawet mnie i nie ogranicza się tylko do Bożego Narodzenia, ale też urodzin i innych okazji.

Wyjątek stanowi regułę

Oczywiście to tylko teoria i nigdy nie jest tak, że dla wszystkich coś wymyślę. W tym roku mam problem z podarkiem dla teścia, więc oddelegowałam to zadanie mojemu mężowi. Nadal nic nie wymyślił i wszystko wskazuje na to, że będzie główną postacią z rysunku wyżej wymienionego Andrzeja – Buziaku życzę Ci powodzenia! 🙂

Jeśli już znajdę się w sytuacji krytycznej, to centrum handlowe, to nadal ostatnie miejsce, do którego udałabym się na zakupy. Dlaczego? Po pierwsze, wiadomo – korki i liczba ludzi. Po drugie, wybór – im większy, tym trudniej na coś się zdecydować. Dlatego wybieram rozwiązania wirtualne. Od kilku lat jestem fanką Westwinga i bardzo pomocne są ich kampanie przedświąteczne z gwarancją dostarczenia przed świętami. W ten sposób zamówiłam w tym roku dwa prezenty. W ogóle sklepy internetowe to dobra opcja na znalezienie rozwiązania na świąteczne problemy. Inną dobrą opcją na zrealizowanie świątecznych zapotrzebowań są małe sklepy czy pracownie, zaopatrzone w ograniczoną liczbę oryginalnych przedmiotów (pssst! one też mają sklep internetowy!).

Tak czy owak, zakupy mam już ogarnięte. Ale żeby nie było za łatwo, szarpnęłam się na pomysł upieczenia dwóch bezglutenowych ciast świątecznych, które będzie dało się zjeść. Przecież nie może być tak, że wszyscy opychają się ciastem, a szwagierka obchodzi się smakiem.

P.S. Macie jakieś sprawdzone przepisy? 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *