Ferie przed feriami, czyli o tym jak zabraliśmy dzieciaki na narciarskie wagary

Udostępnij, jeśli wywołam uśmiech na Twojej twarzy 😉

Kolejny powód, by nominować nas na rodziców roku. Zabraliśmy dzieciaki na wagary! To nic, że za miesiąc mamy ferie. Nie mogliśmy się już doczekać wyjazdu na narty, więc pojechaliśmy teraz 🤘.

Lepiej późno niż później

Aż wstyd się przyznać, ale dopiero drugi raz pojechałam dzieciakami na narty. Zawsze zostawialiśmy ich u dziadków i śmigaliśmy z Grzegorzem sami. Beztroskie szusowanie od rana do wieczora bez wysłuchiwania jęków i wołań o siku – to był dopiero relax 😎 Ale nadszedł ten czas, kiedy trzeba zacząć zabierać te małe szkodniki ze sobą. Wymagało to ode mnie sporego przygotowania, głównie psychicznego, żeby nie zwariować jeszcze w samochodzie.

Life is a journey…

Po drodze nie obyło się bez klasycznej kłótni pt. Gdzie jedziesz?!? Źle skręciłeś! oraz obowiązkowego Teraz chce ci się siku? Przed chwilą był postój, trzeba było robić! Jak po mniej więcej sześciu godzinach jazdy krajobraz zrobił się bardziej bajkowy, to uwierzyłam, że jednak może wyjazd z dziećmi się uda. Chwila nie trwała zbyt długo, ponieważ, jak to zwykle bywa w takich sytuacjach coś musiało się zacząć dziać. Jedziemy sobie przez Winter Wonderland, kiedy nagle Marcin oznajmia, że leci mu krew z nosa. OK damy radę… Marcin przyłożył chusteczkę i ogarnął temat. Łatwizna? Niby tak, ale Nina musiała podkręcić całą akcję na level hard. Zakomunikowała, że jest jej niedobrze!
Nasza córka ma na swoim koncie kilka (jak nie kilkanaście) soczystych pawi samochodowych. Ostatnim razem jak jechaliśmy do Szwajcarii, podłożyłam jej kocyk pod usta, bo nic innego nie miałam w zasięgu ręki. Tym razem zabezpieczyłam się dwoma szczelnymi workami na wszelki wypadek. Niestety życie nie jest idealne i zawsze o czymś zapomnę. Tym razem nie pomyślałam, żeby położyć jej worek, żeby miała go w zasięgu ręki. Całe szczęście mam Grzegorza, który mnie oprzytomniał i temat został ogarnięty tuż przed…hmm… używając narciarskiej metaforyki…. lawiną 😆. Krwotok i paw zostały opanowane perfekcyjnie i mogliśmy kontynuować jazdę. Udało się nam nawet dojechać do hotelu i nie rozwieść się 😉.

Dr Jekyll i Mr Hyde

Uroczyste przekazanie Niny do szkółki narciarskiej nastąpiło już po pierwszym rodzinnym zjeździe z górki. Dokładnie tak jak rok temu w Białce, tak i tym razem wytrzymaliśmy jej jęki i stęki przez pierwsze pięć minut zjazdu. Z rezygnacją w głosie oznajmiłam mężowi, żeby jechał z Marcinem w dół, a ja z nią jakoś zjadę. No i zjechałam, od razu pod biuro szkółki 😁. Mojej motywacji do oddania tego gremlina pod opiekę jakiejś młodej, Bogu ducha winnej instruktorce nie zmąciła nawet cena za godzinę lekcji (a można dostać palpitacji portfela na samą myśl o tym, że lekcja kosztuje tyle samo co u nas, tylko że w euro).
Po dwóch godzinach zajęć odebrałam inne dziecko. Nie wiem jak Lucia (instruktorka) to zrobiła, ale Nina znów stała się sobą. Po gremlinie krzyczącym w niebogłosy, że już nigdy więcej nie pójdzie na narty nie było śladu! Co więcej Ninka, poganiała nas, że chce już znów wrócić na stok! Extra! 😎 Wykupiliśmy sobie dwie godziny dziennie przez cztery dni względnego spokoju na stoku (Marcin jak zwykle zero problemu). Okazało się, że po trzech dniach z instruktorem Nina goni na stoku Marcina i najeżdża na mniejsze hopki. Tak mnie to zmotywowało, że ja – królowa trzymania się wytyczonych tras – też pokusiłam się o mały offtopic i skoczyłam na nartach z mikro hopki 😉.

Człowiek ze stali… i kabanosów

Jestem z mojej rodziny bardzo dumna, że wytrzymali cały tydzień ciężkiej tyry na Chopoku (nie wiem czy zdarzają się tam dni bez wiatru, ale w trakcie naszego pobytu na szczycie wiało tak, że zrywało gacie z tyłka). Pobudkę robiliśmy codziennie przed siódmą rano. Dlaczego? Bo jak się jedzie z moimi rodzicami, trzeba się przygotować na to, że wstaje się przed wszystkimi i wjeżdża się pierwszym krzesełkiem 😉. Wiadomo – ma to swoje plusy, a w sumie to jeden plus – szusowanie przez dobrą godzinę po prawie pustym stoku, który wyglądem przypomina niegdyś ulubione Grzegorza spodnie sztruksowe (jak dobrze, że już ich nie ma!).
Wracając do siódmej rano… wpychanie w siebie jedzenia skoro świt, mimo że nie czuje się głodu też nie było łatwą sprawą. Mnie ten problem nie dotyczy, bo jestem gotowa na każdą ilość jedzenia o każdej porze, ale mąż i dzieciaki mają z tym problem. Grzegorz mąż jest duży i ogarnia już temat, więc nie trzeba było go karmić, ale wepchnąć dzieciakom coś do dzioba, to nie był spacerek po lesie. Po zjedzeniu nano-kawałka bułki twierdzili, że są najedzeni, po czym, po pierwszym zjeździe z górki, przymierali głodem. Ale przezorny zawsze ubezpieczony 😎. Zawsze mam przy sobie magiczny plecak z wałówką. I tak przez cały tydzień futrowaliśmy ich, wjeżdżając wyciągiem na górę (bo szkoda czasu na przerwę), różnymi specjałami – od kabanosów po m&m’sy. Według mnie i dzieciaków najlepszy smak uzyskuje się przy jedzeniu jednocześnie jednego i drugiego 😁.

P.S.

Żeby nie było, że jesteśmy tacy najgorsi… Obiecałam sobie, że Marcin po nartach będzie odrabiał lekcje… Efekt może nie jest zadowalający, bo usiedliśmy tylko trzy razy, ale chyba to i tak nieźle, bo mogliśmy nie usiąść wcale.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *