Dziecięce zabawy dorosłych ludzi, czyli o tym jak kupiliśmy sobie z mężem deskorolki

Udostępnij, jeśli wywołam uśmiech na Twojej twarzy 😉

Mieliście w dzieciństwie tak, że chcieliście mieć hulajnogę albo deskorolkę (oczywiście taką jak kolega z osiedla), ale rodzice nie chcieli wam ich kupić? Mam dobrą wiadomość – jak jesteś dorosły i zarabiasz kasę, możesz sobie JĄ kupić (i to nawet lepszą, niż kolega!) 🤗

Powrót do przeszłości

Mam trzech starszych braci, więc w dzieciństwie nasi rodzice nie szaleli z kupowaniem nam zabawek i żeby coś dostać, trzeba było się nagimnastykować i porządnie najęczeć. Jedynym ratunkiem były urodziny i święta, kiedy to prezenty spływały niczym manna z nieba 😉. Nic nie dawało takiej satysfakcji jak wypatrzony i zamówiony z wyprzedzeniem „u Gwiazdora” discman, oryginalna płyta CD albo markowe jeansy pod choinką – pełnia szczęścia.

Mimo tych wspaniałym momentów, na które wyczekiwało się pół roku, zdarzały się mniej fajne momenty, kiedy koleżanka albo kolega z osiedla podjeżdżali jakimś nowym sprzętem – rowerem, deskorolką, rolkami, hulajnogą, najlepiej jeszcze z nową Barbie w koszyku albo innymi gratami. Wtedy było zazdro 😉. Część dzieciaków jawnie zazdrościła, „ohała i uchała” nad wspaniałością nowego nabytku. Inni ratowali się metodą „mam takie samo, ale na strychu”, co oczywiście znaczyło, że w środku zielenieją z zazdrości, ale nie dadzą po sobie tego poznać 😉

Hulajnoga

Pamiętam, że ZAWSZE chciałam mieć terenową hulajnogę z dużymi, pompowanymi kołami. Jako dzieciak nie miałam żadnej hulajnogi (na dzielni modne były rolki), ale pragnienie zostało w mojej głowie na zawsze. Swego czasu dostałam do teściów (wiem, szał! 😄) hulajnogę miejską, na której śmigałam sobie czasem w towarzystwie dzieciaków. Jednak kiedy przeprowadziłam się na wieś, miejska zabawka przestała być użyteczna. Dzieciaki na rowerach jeździły jeszcze na tyle wolno, że ja jadąc na swoim najwolniej jak się da, prawie zasypiałam na siedząco. I tu w sukurs przyszło moje dawno zapomniane marzenie z dzieciństwa – terenowa hulajnoga! Najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że to niegdyś niemożliwe do zrealizowania marzenie, okazało się bardzo realne. Siedziałam sobie przed domem i przeglądałam w internecie dostępną ofertę…KLIK… i już! Kupiłam sobie 😁.Pomyślałam wtedy „Kurczę, pracuję, zarabiam, zajmuję się domem, na dzieci też czasem zerknę – należy mi się!” I tak oto stałam się posiadaczką różowej hulajnogi moich marzeń.

Od tego czasu minęły jakieś 2 albo 3 lata. Hulajnoga więcej stoi niż jeździ, ale czasem wyjmuję ją i robię POD (Powolny Objazd Dzielni). Gdybyście widzieli zazdrosne spojrzenia kolegów i koleżanek moich dzieci 😁. Wszyscy marzą o takiej hulajnodze, a chłopakom nawet nie przeszkadza fakt, że ma dziewczyński kolor.

Mąż

Za moim mężem też od paru lat chodziło pewne marzenie z dzieciństwa – longboard. Może nie było ono tak niespełnione jak moje, bo jako dzieciak miał deskorolkę, ale marzyło mu się mieć ją znowu. Normalny człowiek w tym wieku, raczej nie marzy o takich rzeczach 🤔, ale może właśnie dlatego mój mąż jest dla mnie wyjątkowy. Marzenie spełniło się w ostatnią sobotę… 

Deskorolka

Jest we Władysławowie taki sklep, w którym spokojnie mogłabym zamieszkać – Hydrosfera. Dla niewtajemniczonych – jest to największy w kosmosie sklep ze wszystkim do wszelkiego rodzaju „surfingów” (windsurfing, kite itd.), sportów innych (deskorolki) oraz oczywiście ciuchów. Zawsze jak tam wchodzę buzia mi się uśmiecha na widok tego całego sprzętu, za który mogłabym oddać wszystkie swoje buty. Tak się złożyło, że w sobotę wybraliśmy się tam po kilka gadżetów na najbliższy wyjazd i „przypadkiem” znaleźliśmy się przy regale z longboardami. Całkiem przypadkiem zaczęliśmy przymierzać się do kilku modeli… potem sprawy potoczyły się szybko. Nim nasz zdrowy rozsądek jakimś cudem dotarł do części mózgu odpowiedzialnej za rozważne zakupy, pakowaliśmy już z Grzegorzem nowe dechy do bagażnika 😄. Jeszcze tego samego dnia zajechaliśmy na parking szkolny, gdzie jak zwykle bawiliśmy się lepiej, niż wszystkie dzieciaki razem wzięte. Tak na marginesie – nie sądziłam, że mój małżonek tak dobrze sobie radzi 😊.

Sanki, dupciozjazdy i reklamówki

Dokonałam małej retrospekcji i doszłam do wniosku, że mamy tak z Grzegorzem od zawsze. Jakieś 10 lat temu pojechaliśmy w połowie listopada do Zakopanego, bo nawaliło śniegu w opór. Pamiętam, jak z Kalatówek zjeżdżaliśmy na tyłkach, siedząc na workach foliowych. Miny ludzi, których mijaliśmy ścigając się z górki pamiętam do dziś😅. Podobnie mamy, gdy idziemy z dzieciorami na sanki i dupciozjazdy – bawimy się lepiej niż oni!

Bardzo podoba mi się to, że mimo że nie mamy już piętnastu… wróć!… dziesięciu lat, potrafimy mieć dobry fun, bawiąc się sprzętami, dla których grupa docelowa to nastolatkowie 😁

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *