Hominem sine vehiculo – człowiek bez pojazdu, czyli jak mieć samochód i nie mieć go jednocześnie :)

Udostępnij, jeśli wywołam uśmiech na Twojej twarzy 😉

Maj i czerwiec to dla naszej rodziny duże wyzwanie logistyczne. Grzegorz stacjonuje już na półwyspie, gdzie przygotowuje swoją bazę wind/kite do sezonu. Ja natomiast, jak to mam w zwyczaju, zgrywam Matkę Polkę i ogarniam (lepiej lub gorzej) całą resztę. Przez dwa miesiące żyjemy sobie prawie osobno, dzieląc się tylko samochodem… albo raczej walcząc o samochód 😁

Jeden samochód – jeden problem

Przez dziesięć miesięcy w roku jeden samochód jest wystarczający dla naszej rodziny i posiadanie dodatkowego auta, to tylko zbędny koszt. Ciekawie się robi w maju, kiedy zaczynamy zwyczajowe negocjacje pt. „Mi samochód jest bardziej potrzebny, bo…”. Argumenty sypią się jak z rękawa, a jak wiadomo, każdy ma swoje potrzeby.

W zeszłym roku podeszłam do sprawy ambitnie, ponieważ jeździłam z dzieciakami do szkoły na rowerach, zostawiałam swój rower pod szkołą, a stamtąd zabierała mnie koleżanka z pracy. Jakby nie patrzeć, wilk syty i owca cała, i nawet dzieci szczęśliwe, bo pojeździły sobie na rowerach do szkoły. 

W tym roku mam kilka przeszkód, może nie uniemożliwiających mi taki rozwiązanie, ale przynajmniej na tę chwilę, skutecznie je blokujących. Po pierwsze i najważniejsze – nie chce mi się (tak wiem, to nie jest żaden argument, ale to silniejsze ode mnie 😆). Po drugie, dziś rano na dworzu było 1,5 stopnia 🥶 – wydaje mi się, że to jest  JAKIŚ argument. Motyla noga! Nawet zimą było cieplej! Po trzecie, DWA razy w tygodniu zawożę dzieciory na zajęcia dodatkowe, na które nie da się dostać inaczej, niż autem. Chyba, że pojadę autobusem, przesiadając się kilka razy. Ale żeby być na miejscu na czas, musiałabym wyjść wcześniej z pracy… albo wcale do miej nie pójść. Aż mi się klasyk Barei przypomniał z „Co mi zrobisz jak mnie złapiesz”: 

Ja to, proszę pana, mam bardzo dobre połączenie. Wstaję rano za piętnaście trzecia. Latem to już widno. Za piętnaście trzecia jestem ogolony, bo golę się wieczorem. Śniadanie jadam na kolację. Tylko wstaję i wychodzę.
– No, ubierasz się pan.
– W płaszcz – jak pada. Opłaca mi się rozbierać po śniadaniu?
– Fakt!
– Do PKS mam pięć kilometry. O czwartej za piętnaście jest PKS.
– I zdanżasz pan?
– Nie, ale i tak mam dobrze, bo jest przepełniony i nie zatrzymuje się. Przystanek idę do mleczarni. To jest godzinka. Potem szybko wiozą mnie do Szymanowa. Mleko, widź pan, ma najszybszy transport, inaczej się zsiada. W Szymanowie zsiadam, znoszę bańki i łapię EKD. Na Ochocie w elektryczny do stadionu, a potem to już mam z górki, bo tak… w 119, przesiadka w 13, przesiadka w 345 i jestem w domu, to znaczy w robocie. I jest za piętnaście siódma! To jeszcze mam kwadrans. To sobie obiad jem w bufecie, to po fajrancie już nie muszę zostawać, żeby jeść, tylko prosto do domu. I góra 22.50 jestem z powrotem. Golę się. Jem śniadanie i idę spać”. 😂

Zachciało się mieszkać na wsi, to teraz mam. U mnie autobusy jeżdżą średnio co 1,5h, ale co ciekawe, jak już jadą, to dwa na raz i tą samą trasą. Normalnie klęska urodzaju.

Jak jednocześnie zjeść ciastko i mieć ciastko?

Zawsze można wziąć coś z wypożyczalni… no pewnie, że tak, tylko po co, skoro moja mama ma samochód, którym prawie nie jeździ 🤗 Raz na jakiś czas ratuje mnie nim z opresji. Tylko żeby go od niej pożyczyć, muszę wykonać wspomniany wyżej numer z autobusem i dwójką dzieci pod pachą. „Całe szczęście”, że dzieci w wieku szkolnym mają darmowe autobusy. Dzięki temu Marcin za darmo jedzie cały JEDEN przystanek, bo potem następuje administracyjna zmiana gmin i dupa, trzeba kupić bilet 🙄. Potem tylko kilometr z buta i juz mogę cieszyć się z posiadania czterech kółek…

Tak czy siak, dziś następuje podwójne uroczyste przekazanie samochodów. Ja oddaję samochód mamie, a Grzegorz przekazuje samochód mi. W ten oto sposób niby nie mam samochodu, a jednak mam 😁.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *