Czy można przedawkować Boże Narodzenie?

Najczęściej powtarzanym dziś przez ludzi hasłem jest stare dobre Święta, święta i po świętach. Ja natomiast zastanawiam się od rana, czy czasem nie przedawkowałam świątecznego klimatu. Pierwszy raz Boże Narodzenie mnie pokonało i nawet się cieszę, że już jest po wszystkim. Ale zacznę od początku…

Santa Claus is coming to town

Sobota była długo wyczekiwanym dniem eksplozji świątecznych nastrojów. O ile dom był już jako tako wystrojony, to tego dnia mieliśmy kupić i udekorować choinkę. Zamiast jak normalny człowiek w piątek walnąć się na kanapie i zapomnieć o bożym świecie, my znów zrobiliśmy sobie niezapomniany weekend 🙂 . Tym razem posiadówka rozrosła się do całkiem pokaźnego kinderbalu, w którym uczestniczyło sześciu dorosłych i ośmioro dzieci. Tak więc, jak można się domyśleć, pełni energii życiowej ruszyliśmy w sobotę na plantację choinek. Nie mogło być lepiej. Na dworze prószył śnieg, był delikatny mróz. Dzieciaki szalały między drzewkami. W tym roku postanowiliśmy kupić największy świerk, jaki zmieści się w salonie. Grzegorz i ja zastanawialiśmy się między ciekawą szkaradą, a klasyczną pięknością. W tym roku padło na tę drugą. Pełni dumy czekaliśmy na pana, który z precyzją godną chirurga ściął ponaddwuipółmetrowe drzewko, po czym oświadczył, że należy się 25 złotych… Przepraszam, ile?? – pytam. – Dwadzieścia pięć…- odpowiedział pan i nie przyjął ani grosza więcej. Stałam tam przez chwilę i zastanawiałam się, czy czasem nie zapomniał dodać przedrostka sto-, bo jak pamiętam, ostatni raz, kiedy wydaliśmy tyle na choinkę, to jak mieszkaliśmy pod Tczewem i była wyprzedaż małych szkarad w jednym z tamtejszych marketów budowlanych (jak można się domyśleć, straciła prawie wszystkie igły zanim przywieźliśmy ją do domu). Niestety ubieranie choinki zostało przełożone na niedzielę, ponieważ topniejący śnieg lał się z niej litrami.

You’re Mean One Mr. Grinch

Nadszedł TEN dzień. Tradycyjnie, w świątecznej ekstazie, w akompaniamencie świątecznych hitów ze świątecznej, własnoręcznie ułożonej składanki na Spotify, przystąpiliśmy do strojenia świątecznej choinki, a za oknem padał śnieg. No bardziej świątecznie się już nie dało 🙂 . Nie wiem czy kominem, czy przez kanalizację, ale wkradł się do domu Mr. Grinch i z całej siły chciał nam popsuć zabawę. Najpierw połowa światełek w lampkach przestała świecić – spoko loko, mąż naprawi. Potem dowiedziałam się dość brutalnie, która bombka jest moją ulubioną (dla niewtajemniczonych – żeby dowiedzieć się, którą bombkę lubi się najbardziej, wystarczy ją zbić i wtedy już się wie). Moją ulubioną zbiła Nina i konieczne okazało się użycie dobrze znanej mantry OM. Na domiar złego, gdy córcia w pełni szczęścia biegała później po salonie z łańcuchami, udając wróżkę czy inną gimnastyczkę, zahaczyła łańcuchem o filiżankę z ULUBIONEJ kolekcji po babci. Ożeż ty! Grinch miał ubaw po pachy. Świąteczny klimat poszedł sobie gdzieś daleko. Usiadłam i poczekałam aż wróci. Na szczęście widok udekorowanego drzewka ukoił moje zszargane nerwy. A wieczorem mąż zrobił grzane wino 🙂

All I want for Christmas is…

Chcąc odkupić swoje występki, postanowiłam zrobić coś dobrego i upiec ciasto bezglutenowe, żeby moja szwagierka mogła je zjeść i nie cierpieć katuszy. O szóstej rano, niczym łowcy Crocsów pod Lidlem, stałam pod Tesco czekając na otwarcie (nie znoszę robić zakupów przed świętami – wolę się nie wyspać, niż błądzić w tłumie po południu). W godzinę ogarnęłam zakupy na dziale bezglutenowym oraz kilku innych. Dumna jak paw wróciłam do domu z bezglutenowymi biszkoptami do tiramisu i mieszanką do ciasta. O ile tiramisu okazało się jak zwykle smaczne (tego chyba nie da się zepsuć), to ciasta czekoladowego nie uratowało nawet przełożenie warstwami dżemu i oblanie polewą czekoladową. Ten wspaniały wypiek nadawał się jedynie do śmietnika, ewentualnie jako cegła do wybicia czyjegoś okna. Ostatecznie walka z glutenem zakończyła się remisem – bezgluten vs jolanta.the.wife – wynik 1:1

He’s gonna find out who’s naughty or nice

Nadeszły długo wyczekiwane święta. Wigilia na wsi brzmi bajecznie, na dodatek śnieg jeszcze nie zdążył stopnieć! Pełni optymizmu zapakowaliśmy nawet narty biegowe. Boże Narodzenie u teściów ma swój specyficzny klimat. Nie sądzę, żeby ktoś miał pod choinką tyle prezentów na głowę, co my. U nich potrzeba by z pięciu choinek, żeby wszystko pomieścić. Na dodatek, co roku po ogrodzie chodzi prawdziwy Mikołaj! Po kolacji wigilijnej dzieciaki podchodzą z ciocią Kasią do okna i wypatrują pierwszej gwiazdki. Wtedy pojawia się ON, cały na czerwono. Skubaniec nawet w tym roku nam pomachał, tylko jak zwykle Grzegorz go przegapił i nie widział 😉 . W ogóle w tym roku Wigilia była pełna świątecznych cudów. Kasia twierdzi, że podwórkowy kot przemówił do niej ludzkim głosem i powiedział, że przy jej samochodzie Mikołaj zgubił dwa prezenty – całe szczęście, że zwierzęta przemawiają tego dnia po ludzku, bo ktoś nie dostałby prezentu…. ale zaraz zaraz… tak się właśnie stało, ale dzień później…

Mała dygresja

Od jakiegoś czasu nie robimy sobie z Grzegorzem prezentów. Wiadomo, nie chce się/ nie ma pomysłu/ no bo w sumie po co.* (*dowolne skreślić). ALE w tym roku mąż poruszył temat prezentów przed świętami. No skoro poruszył – pomyślałam – to pewnie coś dla mnie znalazł. Nie było to dla mnie kłopotliwe, bo w sumie też coś dla niego mogłam mieć. Szybkie zakupy przez Internet i sprawa załatwiona, będzie Pan zadowolony 🙂

Koniec dygresji

Jakież było moje zdziwienie, jak po powrocie od teściów okazało się, że pod choinką są prezenty dla wszystkich, tylko nie dla mnie! Najbardziej zszokowane były dzieciaki. – Mama, dlaczego nie ma dla ciebie prezentu? – pytają. – Hmm, nie wiem. Może Mikołaj o mnie zapomniał? – odpowiadam. – A może mama była niegrzeczna??? – słyszę w odpowiedzi. Nie wiedziałam, czy mam się śmiać czy płakać, bo o ile brak prezentu kompletnie mnie nie zmartwił, to fakt, że dzieci po raz pierwszy zobaczyły, że można nie dostać prezentu był dość kłopotliwy. Zawsze przed świętami żartuję sobie, że trzeba być grzecznym, bo Mikołaj patrzy, a jak ktoś coś zbroi, to mówię, że ma minus jeden prezent. No cóż, w tym roku trafiło na mnie 🙂

Have Yourself a Merry Little Christmas

Bogatsza o trochę gotówki, kolejną parę za małych rękawiczek i początki nerwicy zakończyłam święta tuląc się do męża. Ponieważ dziś rano szłam do pracy, szepnęłam mu wczoraj czułe słówko na dobranoc – ilustracja poniżej…

Kilka słów o świątecznych prezentach – poradnik dla nieporadnych :)

Tytułem wstępu

Jak wiadomo, świąteczne prezenty przyprawiają co roku sporą część społeczeństwa o niezły ból głowy. Szczerze mówiąc, to wolałabym mieć kaca przez tydzień, niż musieć latać po sklepach i szukać czegoś dla mamy, taty, teściów, szwagrów, bratów i dzieciów. Cały ten świąteczny klimat związany z kupowaniem idealnego prezentu kojarzy mi się ze wspaniałym rysunkiem autorstwa genialnego Andrzeja Rysuje.

Nic lepiej nie odzwierciedla stanu psychicznego osoby latającej gorączkowo po galerii handlowej, niż hasło jesteś w dupie. Na kilka dni przed świętami, jedyne co jest nam w stanie przyjść do głowy, to kupić coś na odpierdol.

Moja rodzina

Jeśli chodzi o mnie, to mam szczęście posiadania dużej rodziny w okolicach Trójmiasta. Dzięki czemu mamy ze sobą jako taki kontakt i nawet się lubimy. Ba! Czasem spotykamy się ze sobą z własnej, nieprzymuszonej woli! To fajna sprawa, jak przy jakiejś okazji (najlepsze są imprezy u moich rodziców) spotyka się cała ekipa i jest tak głośno, że aż dziw bierze, że sąsiedzi nie dzwonią na policję.

Ale wszystko ma swoje lepsze i gorsze strony. Duża rodzina, to dużo prezentów. Całe szczęście mamy w rodzinie jakąś niepisaną, całkiem naturalną zasadę, kto komu robi prezenty. I tak, co roku z braćmi (mam ich trzech) składamy się na prezenty dla rodziców. Wymyślenie czegoś sensownego nie jest rzeczą łatwą, gdyż rodzice są dość wybredni. Stałym elementem od kilku lat jest kalendarz ze zdjęciami naszych dzieci (do tej pory dorobili się sześciu wnuków, ale…kto wie 🙂 ). Kolejny prezent ktoś musi wymyślić, a reszta się dorzuca. Tu pojawia się pewien haczyk. Powiedzmy, że jedna osoba wymyśli jakiś prezent, ale komuś innemu się nie spodoba. Osoba, która oprotestuje prezent musi wymyślić inny! Dlatego właśnie pomysły na prezenty oprotestowywane są z dużą rozwagą i szybko dochodzimy do konsensusu.

Braciaki

Z braćmi sytuacja była kiedyś bardzo ciekawa. Jak nie mieliśmy dzieci, to co roku w Mikołajki losowaliśmy kto komu będzie robił prezent. Pamiętam jak któregoś roku chciałam sprawić, że losowanie będzie efektowne. Ukryłam karteczki z imionami w balonach i liczyłam, że nikt nie pęknie balona ze swoim imieniem. Niestety jak tylko pierwszy balon pękł, to stało się właśnie to, czego się obawiałam – Radek wylosował samego siebie. Od tej pory losowanie następowało z kapelusza. Odkąd mamy dzieci (wszystkie są w podobnym wieku), już nie obdarowujemy się prezentami, ale robimy niespodzianki naszym dzieciom (te to mają szczęście).

Co roku spotykamy się tłumnie w domu rodziców i gorączkowo grzebiemy pod choinką w poszukiwaniu karteczki ze swoim imieniem. W tej sytuacji posiadanie dzieci bywa przydatne, bo głupio by było grzebać wśród prezentów, gdyby się okazało, że nic tam dla ciebie nie ma, a tak to w razie czego można się wykręcić wymówką, że szuka się czegoś dla swojego dziecka.

Mój sposób na święty spokój

Niby człowiek wie komu musi kupić prezent. Co roku sytuacja się powtarza, ale nadal większość z nas robi zakupy na ostatnią chwilę, albo na wspomniany wcześniej odpierdol. Ja mam inny sposób. Jego skuteczność oceniam na jakieś 75% (czyli całkiem nieźle). W swoim smartphonie mam notatkę, która nazywa się Prezenty. Przez cały rok zapisuję w niej pomysły na podarki, jak tylko jakiś wpadnie mi do głowy. Jeśli usłyszę w marcu, lipcu czy wrześniu, że komuś by się coś przydało, albo o czymś marzy, tylko szkoda mu kasy, to zapisuję to na mojej liście. Notatka dotyczy wszystkich, nawet mnie i nie ogranicza się tylko do Bożego Narodzenia, ale też urodzin i innych okazji.

Wyjątek stanowi regułę

Oczywiście to tylko teoria i nigdy nie jest tak, że dla wszystkich coś wymyślę. W tym roku mam problem z podarkiem dla teścia, więc oddelegowałam to zadanie mojemu mężowi. Nadal nic nie wymyślił i wszystko wskazuje na to, że będzie główną postacią z rysunku wyżej wymienionego Andrzeja – Buziaku życzę Ci powodzenia! 🙂

Jeśli już znajdę się w sytuacji krytycznej, to centrum handlowe, to nadal ostatnie miejsce, do którego udałabym się na zakupy. Dlaczego? Po pierwsze, wiadomo – korki i liczba ludzi. Po drugie, wybór – im większy, tym trudniej na coś się zdecydować. Dlatego wybieram rozwiązania wirtualne. Od kilku lat jestem fanką Westwinga i bardzo pomocne są ich kampanie przedświąteczne z gwarancją dostarczenia przed świętami. W ten sposób zamówiłam w tym roku dwa prezenty. W ogóle sklepy internetowe to dobra opcja na znalezienie rozwiązania na świąteczne problemy. Inną dobrą opcją na zrealizowanie świątecznych zapotrzebowań są małe sklepy czy pracownie, zaopatrzone w ograniczoną liczbę oryginalnych przedmiotów (pssst! one też mają sklep internetowy!).

Tak czy owak, zakupy mam już ogarnięte. Ale żeby nie było za łatwo, szarpnęłam się na pomysł upieczenia dwóch bezglutenowych ciast świątecznych, które będzie dało się zjeść. Przecież nie może być tak, że wszyscy opychają się ciastem, a szwagierka obchodzi się smakiem.

P.S. Macie jakieś sprawdzone przepisy? 🙂

Kto to jest człowiek zabawny? Obserwacje życia codziennego

Ciekawa jestem kto, tak na poważnie, zastanawiał się nad tym jak to się dzieje, że to samo zdarzenie w umyśle jednej osoby przechodzi bez echa, a u drugiej wywołuje nieposkromioną falę głupich myśli, które przekładają się na jeszcze głupszą historię do opowiedzenia…

Gromadzenie materiału do badań

W życiu codziennym ostatnią rzeczą, jaką można powiedzieć o mnie i moim mężu, to że jesteśmy osobami poważnymi. Oboje wolimy brać życie nie do końca serio i traktować je z przymrużeniem oka. Ci, którzy nas znają, wiedzą o co chodzi. Tym, których jeszcze nie poznaliśmy napiszę pokrótce, że mój Grzegorz i ja znajdujemy powód do śmiechu i żartów w prawie każdej sytuacji. Głupoty wyskakują nam niczym króliki z kapelusza magika, a dzień bez durnych tekstów, to dzień stracony.

Nie wiadomo dokładnie z czego to wynika, ale wydaje mi się, że trochę szkoda nam życia na bycie zdziadziałymi piernikami, martwiącymi się o rzeczy, na które nie mamy wpływu i wolimy zachowywać się jak gimnazjaliści na dwudniowej wycieczce szkolnej. Owocuje to dużą liczbą zabawnych sytuacji, dzięki czemu w domu jest dużo śmiechu i mało nudy.

Aspekty teoretyczne…

Spędzając piątek i sobotę na firmowej imprezie świątecznej, zaczęłam się zastanawiać skąd biorą się nasze durne pomysły i zabawne (lecz nieziemsko suche) teksty. Przypomniał mi się pewien rysunek znaleziony w internecie, który doskonale wizualizuje pracę mózgu osoby zabawnej.

Idąc dalej tym tropem poczyniłam rozmyślania na temat tego, że mózg człowieka zabawnego pracuje w inny sposób niż człowieka niezabawnego. No bo jak to niby możliwe, że ta sama rzeczywistość (bo przecież nie żyjemy w innych wymiarach) oddziałuje na nas inaczej? Moje wnioski na ten temat nie są poparte żadnymi badaniami ani pracami naukowymi, tym bardziej nie konsultowane z nikim (nawet z lekarzem i farmaceutą). Moja wiedza na temat procesów biochemicznych zachodzących w mózgu jest żadna, ale ostatnio każdy może być ekspertem od wszystkiego, więc czemu nie ja? Wydaje mi się bardzo prawdopodobne, że różnica między mózgiem zwykłego człowieka, a tego zabawnego tkwi w rodzaju i sposobie przyswajanych informacji. Patrząc na powyższy rysunek można wywnioskować, że temu drugiemu mózgu poszło coś nie tak

i analiza empiryczna

Mała dygresja…

Czym różni się zwykły kumpel od prawdziwego kumpla? Powiedzmy, że potknęłam się, przewróciłam i rozbiłam sobie głowię. Zwykły kumpel podbiega, pomaga mi wstać, udziela pierwszej pomocy, wzywa karetkę, itd. Co robi prawdziwy kumpel? W sumie to samo… jak tylko przestanie się ze mnie śmiać i dogryzać, co ze mnie za łajza, że nawet chodzić nie umiem. Podobnie jest z rodzinnym życiem osób zabawnych.

Powrót do tematu…

Pamiętam jak Marcin zeszłej zimy rozbił głowę o stół. Przyjechał do nas kumpel z córką. Razem mieliśmy jechać na narty na Wieżycę. Marcin skakał do kanapie (oczywiście jakiś gazylion razy mówiliśmy mu, żeby tego nie robił). Skakał, skakał i … przestał skakać, bo spadł z kanapy. Siedzieliśmy z Grzegorzem w kuchni, więc szczegółów tego zajścia nie widzieliśmy, tylko zaczęliśmy się śmiać. Nasz Marcin ma to do siebie, że jak uderzy się tak, że naprawdę boli, to na początku nie płacze. A my śmialiśmy się w najlepsze. Kolega zwrócił nam uwagę, że Marcin się chyba uderzył. Trzeba było przyjąć postawę odpowiedzialnego rodzica i ochrzanić dzieciaka za to, że skakał po kanapie, mimo że nie wolno (Ile razy ci mówiłam, że...).

Potem zrobiło się mniej wesoło, gdyż okazało się, że Marcin krwawi. Rozcięcie na głowie nadawało się do szycia. Co robi zwykły rodzic? Zabiera delikwenta na pogotowie, a cała historia, przyprawiona nutą dramatyzmu jest potem opowiadana latami, jako traumatyczne zajście, które zmieniło bieg historii. Co zrobiliśmy my? Ogoliliśmy mu głowę w miejscu rozcięcia i przykleiliśmy szwy w plastrach (przezorny zawsze ubezpieczony 🙂 ). Cała akcja w moich wspomnieniach wygląda jak scena z jakiejś nędznej komedii – szczególnie moment golenia głowy. Efekt przerósł nasze oczekiwania i wyglądał mniej więcej tak:

Normalny rodzic po udzieleniu pierwszej pomocy położyłby dziecko do łóżka, albo do wieczora czule tulił na kanapie. My spakowaliśmy się i pojechaliśmy na narty! Tak wiem, z pewnością możemy kandydować do tytułu Rodziców Roku, albo przynajmniej zostać objęci opieką kuratora. Młody traumy nie miał, a w szkole to nawet uchodził przez chwilę za bohatera (szwy na głowie robią swoje).

Wnioski wysnute chybcikiem

Doprowadzając wywód do końca – wydaje mi się, że sekret bycia zabawnym tkwi w innym postrzeganiu otaczającej nas rzeczywistości i nie braniu wszystkiego do siebie. Tego staramy się nauczyć też nasze dzieci. Dziś córka poprosiła tatę, żeby pokroił jej jabłko. Gdy kroił, Nina zapytała go Tata kiedy umrzesz? Mój głośny śmiech było słychać z drugiego końca domu…

Ile razy trzeba dziecku powtórzyć, żeby usłyszało? Czyli o granicach rodzicielskiej cierpliwości

Historia choroby

Od kilku dni prowadzę wnikliwe badania na temat tego, ile razy trzeba powtórzyć komunikat, żeby dziecko wczytało oraz czy ton, barwa głosu i ilość użytych decybeli mają znaczenie. Wyniki raczej nikogo nie zdziwią… ale do rzeczy!

Klasyka dramatu – Grzegorz jest w delegacji, a ja zostałam sama z dwoma szkodnikami. Jako mistrzyni wszechogarniająca całe zamieszanie, bez większego spięcia szykuję dzieci do szkoły. Pobudka, mycie, ciuchy, drugie śniadanie, bidon, plan lekcji i strój na w-f – słowem, wszystko ogarnięte. Patrząc z zewnątrz, można by pomyśleć, że zostałam nominowana do nagrody Matki Roku. Ale jak wiadomo, prawda tkwi gdzieś głębiej.

Badania empiryczne  i obserwacja kliniczna

Pakujemy się do samochodu, podjeżdżamy do szkoły, wysiadamy. I co? Marcin nie wziął plecaka… Jak można zapomnieć plecaka do szkoły?!? Dżizas! Zostawiam dzieciaki i wracam na prędkości do domu po plecak, w głowie odprawiając mantrę „OM” i modląc się o spokój duszy. Po zakończonej akcji czas na odpoczynek od dzieci, czyli pracę (nie ma to jak spędzić 8 godzin wśród samych dorosłych, normalnie relax 🙂 ). Po pracy odbieram dzieciaki ze szkoły i wracamy do domu. – Gdzie jest twoja bluza? – pytam (tu można wstawić dowolne imię dziecka, bo i jedno i drugie notorycznie zostawia coś w szkole) – Nie wiem, pewnie gdzieś ją zostawiłem/am… – słyszę w odpowiedzi i zaczynam w środku bulgotać niczym gulasz wołowy na gazie.

Takie przykłady można mnożyć w nieskończoność, ale myślę, że każdy kto miał przez dłuższą chwilę do czynienia z dziećmi w wieku wczesnoszkolnym, wie o co chodzi. Pytanie brzmi – dlaczego to zdarza się codziennie? Wydaje mi się, że odpowiedź kryje się w… słuchaniu. Widzę po moich dzieciach, że są tak przepełnione informacjami, że w pewnym momencie kończy im się pamięć operacyjna i przestają wczytywać nowe informacje.

Diagnoza i dalsze leczenie

Z moich obserwacji wynika, że żeby dziecko wczytało informację, np. Idź ubierz buty i kurtkę, bo wychodzimy, muszę ją powtórzyć co najmniej trzy razy, z czego ostatni raz krzycząc i grożąc konfiskatą tabletu albo (co niewyobrażalnie gorsze) skasowaniem hasła do Wi-Fi. W odpowiedzi słyszę – No już idę, idę, mama nie musisz od razu podnosić na mnie głosu! – RAZ, DWA… CZTERY, pięć…siedem… – liczę w pamięci do dziesięciu, żeby nie zamienić się w diabła tasmańskiego z kreskówki o króliku Bugsie. Pytam delikwenta jak to jest możliwe, że wcześniejszych dwóch kulturalnych uwag na temat czynności, które należy wykonać, nie usłyszał? No cóż, odpowiedź na to pytanie chyba na zawsze zostanie owiana tajemnicą. Ostatecznie udaje mi się ogarnąć dzieci tak, że mają na sobie dwa swoje buty, czasem nawet do pary.

P.S.

W trakcie pisania tego posta zdarzyło się dokładnie to, co zostało opisane powyżej 🙂 , tyle że w trakcie odrabiania lekcji. Nadal nie wiem co słyszy mój syn, kiedy mówię do niego spokojnie. Podejrzewam, że to samo co mój mąż, kiedy zwracam mu na coś uwagę, czyli szum morza…

Plaża

Oczekiwania kontra rzeczywistość, czyli o tym jak bałwan strzelił focha

Weekend z odpoczynkiem ma tyle wspólnego, co mój mąż i granie na harfie – nic. Na weekend ambitnie zaplanowałam ZPT (dla niewtajemniczonych – Zajęcia Praktyczno – Techniczne). Miał być piękny biały bałwan z papier mache, a wyszedł goły bałwan z fochem. Jak się okazało z tym klejem jednak było coś nie tak gdybym wzięła klej do tapet, to na pewno by się udał – oba fragmenty wypowiedzi żywcem wzięte z ust mojego ukochanego, który jak zwykle ma rację.

Cała historia ma swój początek w męczącym mnie od czasu do czasu nieposkromionemu pragnieniu zrobienia czegoś ładnego własnoręcznie. Od kiedy pamiętam, już jako mała dziewczynka lubiłam robić coś z niczego, siedząc zamknięta w swoim pokoju. Efekt był różny (zazwyczaj mizerny), ale nie zniechęcało mnie to do kolejnych prób stworzenia dzieła mojego życia. Jako Matka Polka stwierdziłam, że raz na jakiś czas należy kreatywnie spędzić czas z dziećmi, a dobrym ku temu powodem, może być nadchodząca zima i tradycyjny już niedostatek śniegu. Postanowiłam, że w sobotę ulepimy bałwana! ALE JAK TO MAMA? PRZECIEŻ NIE MA ŚNIEGU! – usłyszałam od dzieci. – ZOBACZYCIE NIEDOWIARKI – odpowiedziałam myśląc, że jestem cwańsza od siedmiolatka i pięciolatki (tere fere 🙂 ).

Nastała sobota, czas brać się do roboty. Stanowisko pracy zabezpieczone, balony nadmuchane, gazety porwane na kawałki, klej gotowy (przynajmniej tak mi się wydawało). Połączyliśmy ze sobą trzy balony i po odpowiednim unieruchomieniu całej konstrukcji zaczęliśmy obkładać ją papierem. Niby wszystko było ok, ale z tym klejem było coś nie tak. No nic… plan był taki, że dajemy delikwentowi wyschnąć i jedziemy do Castoramy po bajery na choinkę. Powróciwszy do domu zastaliśmy bałwana z fochem opartego o ścianę (pod ciężarem mokrego papieru się przechylił). Próby pocieszenia go poprzez poklepanie po plecach spowodowały, że się biedak rozsypał całkowicie… i to dosłownie.

I to jest właśnie ten moment, w którym ktoś dzwoni do twoich drzwi, a ty w domu masz niezły rozpiździel. Jeśli ktoś ma problem ze zwizualizowaniem sobie skali problemu, to służę pomocą – w salonie leżała sterta gazet polana solidnie wodą z mąką ziemniaczaną i coś, co kształtem przypominało bałwana. Walka była skończona. Posprzątałam bałagan, a bałwan wylądował tam, gdzie ląduje całe zło panoszące się po naszym domu, czyli w gabinecie. Jak to zwykle bywa gdy przyjadą goście, cała zaplanowana na sobotę robota poszła w diabły. I całe szczęście 🙂

Na następny dzień zaplanowana była budowa choinki i tu, ku mojemu wielkiemu szczęściu, plan się powiódł. Mój mąż z pomocą naszego gościa dokonali architektonicznego cudu 🙂 Nie obyło się bez uszkodzeń ciała (plastry w Minionki są stałym elementem wyposażenia domowej apteczki), ale efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania  i weekend zakończył się remisem 1:1.

Na koniec dnia, niczym klamra zamykająca postępujące po sobie tygodnie, poleciał w TV James Bond, którego obejrzeliśmy z naszym gościem korespondencyjnie, ponieważ pojechał już do domu…

Piątek weekendu początek, czyli jak przeżyć weekend tak, żeby wspominać go przez kolejny tydzień

Pierwsza myśl o weekendzie zazwyczaj pojawia się w czwartek wieczorem, kiedy zdaję sobie sprawę, że jeszcze tylko piątek i JUŻ! Mamy w naszej rodzinie pewne weekendowe rytuały, bez których nie wyobrażam sobie tego cotygodniowego wypoczynku

Faza przygotowawcza

Faza przygotowawcza polega głównie na tym, że w czwartek wieczorem dowiaduję się, że ktoś (zwykle skład jest ten sam co weekend) wpadnie do nas w piątek. Tak, w piątek, czyli wtedy, gdy po całym tygodniu graty naszych dzieci i bambetle wszelkiej maści leżą wszędzie, tylko nie tam gdzie powinny, a łazienka wygląda tak, że kontrola sanepidu uciekłaby jeszcze przed przekroczeniem jej progu. Wtedy do akcji wkraczam ja – cała na biało 😉 A tak na serio – co zwykle robią ludzie w piątek po pracy? Sadzają cztery litery przed TV i się relaksują. Co robię ja? Sprzątam! Przelatuję jak huragan po całym domu. Grożę dzieciom, że jeśli nie zabiorą swoich gratów z salonu, to wyrzucę je do śmieci. Wiem, wiem… nie bardzo to wychowawcze, ale pamiętam, że jak mój tata mi tak mówił, to zawsze działało. Żeby nie było, sama też muszę posprzątać wszystkie rzeczy, które magazynuję przez cały tydzień na stole w salonie. W piątki zostają przenoszone do gabinetu i tam składowane na czas nieokreślony. Każdy z nas w młodości imał się różnych profesji. Ja raz wyemigrowałam na wakacje do Londynu i między innymi sprzątałam pokoje w jednym z tamtejszych hoteli. Nabyłam tam bardzo przydatną umiejętność sprawiania, że pomieszczenie wygląda na posprzątane (a to ci psikus!). Ta niezwykła moc sprawia co tydzień cuda w moim domu i dzięki temu jestem w stanie jako tako przyjąć gości nawet w piątek.

Weekend właściwy

Praktycznie każdy weekend składa się z powtarzalnych, stałych elementów, które miksujemy w dowolnych konfiguracjach. I tak – spotkania z przyjaciółmi najczęściej odbywają się u nas, czasem to my jesteśmy na wyjeździe. Szczegóły owych spotkań owiane są tajemnicą państwową i za ujawnienie ich grozi społeczne wykluczenie na okres jednego sezonu… Ale spokojnie, nie odprawiamy żadnych rytualnych mordów i nie obryzgujemy się krwią cieląt w celu oczyszczenia duszy z grzechów. Obowiązuje kulturka – krawacik (klient w krawacie jest mniej awanturujący się), czyli klasyka polskiej domówki ludzi po trzydziestce. Generalnie, jak się już nagadamy, to puszczamy Jamesa Bonda i większość z nas ucina sobie drzemkę dla urody.

Czasem zdarzają się zawody sportowe i inne atrakcje dla dzieci – niby wstając o 7 rano w sobotę mam ochotę strzelić sobie w głowę z wyrzutni NERF. Ale potem, gdy widok dziecka dzierżącego brązowy medal (współdzielony razem z pięćdziesiątką innych dzieci) powoduje napływ emocji, których nie jestem w stanie powstrzymać i stwierdzam, że było warto.

Skoki narciarskie to u nas klasyka weekendu. W sezonie zimowym cały grafik sobotnio- niedzielny układany jest pod oglądanie skoków w TV. Nieważne co by się nie działo, skoki oglądać trzeba! (Nie rozumiem ludzi, którzy nie rozumieją jak można to oglądać 🙂 ) Dla mnie jest to tak nierozerwalnie związane z weekendem, jak głos Krystyny Czubówny z programem przyrodniczym albo jajecznica na niedzielne śniadanie. Praktykujemy wieloletnią tradycję dmuchania naszym pod narty, a innym w plecy oraz przekręcania  nazwisk skoczków (nasze dzieciaki są ekspertami w obu dziedzinach).

W tym tygodniu skoków nie ma, ale jako osoba uważająca się za kreatywną i (o zgrozo) ambitną, zaplanowałam lepienie bałwana z dzieciakami. Wiem, wiem… nie jestem ślepa i widzę, że za oknem nie ma grama śniegu. Prognozy pogody też nie są łaskawe dla osób lubujących się w zimnym białym puchu, ale mam pewien pomysł. 🙂 Zobaczymy co z niego wyjdzie.

A wy co robicie, żeby weekend był niezapomniany?

Mikołajkowa akcja znienacka, czyli o tym jak puściłam „All I want for Christmas” na korytarzu biurowca…

Wprowadzenie do tematu

Zacznę od tego, że mam duży sentyment do świąt Bożego Narodzenia. Uwielbiam czuć to przyjemne ciepełko w sercu i z dnia na dzień rosnące napięcie związane ze zbliżającą się Wigilią. Uwielbiam piosenki świąteczne do tego stopnia, że zrobiłam sobie playlistę na Spotify i słucham jej codziennie (tak wiem, strasznie to lamerskie…). Służbowa wersja mnie jeszcze w ostatnie święta dekorowała biuro, wieszała jemiołę nad drzwiami i zamęczała koleżankę z pokoju świątecznym klimatem (sorry Ania, ale to silniejsze ode mnie).

Kiedy integracja firmowa wejdzie zbyt mocno

Parę miesięcy temu postanowiłam zmienić pracę. Decyzja była trudna i poprzedzona kilkumiesięczną walką z systemem i samą sobą. Całe szczęście wszyscy tę walkę wygrali i rozwód nastąpił bez orzekania o winie, w całkiem niezłej atmosferze. Nie żałuję swojej decyzji, wręcz uważam, że to była najlepsza rzecz, jak mogła się przytrafić i mi, i firmie.

Jedyne za czym tęsknię do tej pory, to ludzie, z którymi pracowałam. Tak dobrze zintegrowanej bandy wariatów ze świecą można szukać i tak się nie znajdzie. Trudno utrzymać kontakty z osobami z byłej pracy – uwierzcie mi, cholernie to trudne. Jak na razie udaje się całkiem nieźle – kilka szybkich spontanów po pracy i dwa zaplanowane z wyprzedzeniem wyjścia do restauracji w ciągu 7 miesięcy to niezły wynik.  Czasem czuć, że czas nie działa na naszą korzyść i są chwile, kiedy nie ma o czym gadać, ale generalnie mamy niezły ubaw. Podczas ostatniego takiego spotkania zaklęłam się, że odwiedzę ich w Mikołajki (znacie ten stan po wypiciu odpowiedniej ilości wina, kiedy wszystko wydaje się możliwe? To było właśnie wtedy). Czas płynął dalej, entuzjazm opadł, a kontakt chwilowo urwał się…

Co? Ja nie pójdę?

Mikołajki zbliżały się nieubłaganie, a ja wiedziałam, że jak nie przyjdę, to będą mi to wypominać przy każdej możliwej okazji. Oczyma wyobraźni słyszałam kolegę mówiącego swoim drwiącym głosem mniej więcej takie zdanie – Taa, ale na pewno przyjdziesz, czy tak jak ostatnio?.. Decyzja zapadła – w Mikołajki idę do biura. No ale ja, jak to ja – jak coś robię, to z przytupem. Wzięłam głośnik bezprzewodowy, włożyłam czapkę Mikołaja i zabrałam czekoladki. Po drodze słuchając świątecznych przebojów, obmyślałam strategię ataku. Oczywiście jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, schody zaczęły się na samym początku – połowa ekipy wyszła na fajkę! Żeby nie zostać zdekonspirowaną, ukryłam się za winklem budynku i czekałam cierpliwie, aż wrócą do biura. Grzecznie wjechałam na trzecie piętro, weszłam na korytarz i puściłam z głośnika Mariah Carey! Ubrana w czapkę Mikołaja, z głośnikiem w torebce zrobiłam wjazd na biuro! Takiej niespodzianki się raczej nie spodziewali.

Naprawdę miło było ich wszystkich zobaczyć, poznać osoby, które mnie zastąpiły i spić kawę z szefami. Trudno było uwierzyć, że to już siedem miesięcy! Czas szybko płynie, a ja cieszę się, że nadal mam tam z kim rozmawiać.

Wnioski

Profesorowie na wydziale filozofii uczyli mnie, że nie wolno generalizować i używać słów typu „większość”, „duża część”, „prawie nikt” itd., jeśli nie mamy dowodów na to, że faktycznie tak jest. Na szczęście byłam średnio ogarniętym studentem i dzięki temu czuję się usprawiedliwiona z użycia tego typu słowa w kolejnym zdaniu. Zakładam, że większość z Was myśli sobie, że konkluzją tego wpisu jest myśl, że nie warto palić za sobą mostów. A tu guzik! Konkluzja jest taka, że czasem warto zaszaleć i zrobić coś niespodziewanego! Dzisiejsza akcja dała mi takiego kopa, że pisząc te słowa nadal się uśmiecham jak głupi do sera. Pamiętajcie, żeby w pędzie codziennego życia znaleźć czas na wdrożenie głupich pomysłów. HO!HO!HO!